Antypsychiatria

Czym jest antypsychiatria 

Psychiatria to świetne narzędzie na pozbycie się niewygodnej osoby, pozbawienie jej wolności, praw, majątku i zdrowia. I to w świetle obowiązującego prawa! Często spotykamy się z twierdzeniami, że liczne pomyłki w psychiatrii są częstsze jak w innych dziedzinach medycyny. Psychiatria ma jednak poważny problem, gdyż diagnoza psychiatryczna jest nie tylko względna, ale również nieweryfikowalna. W dodatku diagnozy psychiatryczne to tylko ustalenia umowne samych psychiatrów, często podejmowane przez głosowanie lub pod naciskami politycznymi przez Komisję Psychiatryczną. Dziwi fakt, że mimo to psychiatrzy mają tak duże przyzwolenie społeczne oraz zostali obdarzeni tak dużym zaufaniem przez sędziów i wymiar sprawiedliwości. Jak spojrzymy na tą specyficzną dziedzinę „nauki”, jaką jest psychiatria to zauważymy, że nawet największe absurdy mające status „diagnozy medycznej” przechodzą bez żadnych przeszkód i oporów przez system sądownictwa w Polsce. Jako społeczeństwo zbyt często dajemy wiarę takim „ekspertom” i zbyt często dajemy się nabrać tej współczesnej Inkwizycji... 



Antypsychiatria to doktryna ujmująca stosunki społeczne w kontekście podejścia do osób z problemami psychicznymi. Jako taka służy samoświadomości społecznej oraz pogłębieniu spojrzenia na kwestie związane z historią psychiatrii. Pojęcie antypsychiatria nie jest używane jednoznacznie. W różnych źródłach termin ten trochę inaczej może być używany, lecz przeważnie dotyczy ruchu z lat (50-tych 60-tych i 70-tych XX wieku, związanego z kontrkulturą, obecnego w różnych krajach Zachodu, ciągle jednak aktualnego. Antypsychiatria nie jest pojęciem, które da się jasno wyklarować. Nie jest to pojęcie formalne, raczej umowne, stąd jego niejednoznaczność. O jego takim czy innym użyciu decyduje raczej zwyczaj, niż definicja. 

To, co (zwyczajowo) zaliczane jest do antypsychiatrii nie jest monolitem. Zacznijmy od tego, że pojęcie jest dwoiste, bo z jednej strony mamy ruch społeczny, którego cele są polityczne, z drugiej strony mamy szereg publikacji naukowych przyświecających temu ruchowi, czyli antypsychiatrię w ramach dyskursu naukowego, akademickiego; nurt o charakterze krytycznym, który może być traktowany też jako element szerszej krytyki kapitalizmu (kontrkultura), czy lepiej - społeczeństwa przemysłowego z jego urzędowym psychiatryzmem. Poglądy sprzeciwiające się psychiatryzmowi, szczególnie zbrodniczym metodom psychiatrii sądowej wyrażają także scjentolodzy, dianetycy, co spowodowało publiczne oskarżanie ich o sekciarstwo przez mafię psychiatrów sądowych i ich kościelnych popleczników w wielu krajach. Można powiedzieć, że scjentologia wpisuje się w szeroko pojętą definicję antypsychiatrii jako wszelkich metod alternatywnych dla upolitycznionej i korporacyjnej psychiatrii opartej na przestępczej medykacji w postaci przymusowego zalekowywania pacjentów jacy wpadną w ich ręce. 

Obecna psychiatria, z jaką można się zetknąć w leczeniu klinicznym, w gabinetach specjalistów licznie odwiedzanych przez współczesnych, którym coraz trudniej poradzić sobie z naporem ideologii sukcesu i perfekcji, jest dość podobna do tej praktyki psychiatrycznej znanej z krytycznych głosów opozycji antypsychiartycznej lat sześćdziesiątych XX wieku. Jednym z podstawowych zarzutów przeciwko dominującemu stylowi leczenia było posądzenie o wszechobecność ciężkiej farmakoterapii z jednoczesnym przekonaniem o drugorzędnej roli rozmowy, czynników duchowych czy emocjonalnych. Nierzadko pacjent lekarza psychiatry ma powody, by czuć się chory w perspektywie bardziej biologicznej aniżeli społecznej, mimo iż, jak twierdzili przedstawiciele antypsychiatrii, zjawisko dysfunkcji psychicznych ma więcej wspólnego z egzystencjalną krzywdą aniżeli anomalią wewnątrzustrojową. Odwiecznym problemem psychiatrii jest spojrzenie redukujące sytuację pacjenta do płaszczyzny organicznej, co prowadzi do wyizolowania tej nauki z rozważań humanistycznych, które są jednak nieodzowne dla budowania systemu wsparcia celem przywrócenia osób cierpiących do zdrowia w szerokim znaczeniu tego terminu. Współczesne badania z pierwszej dekady XXI wieku wykazały, że stosowanie długoterminowej psychoterapii jest generalnie bardziej skuteczną pomocą niż jakiekolwiek leczenie psychiatryczne! 

Thomas Szasz, który uchodzi za najważniejszą figurę antypsychiatrii, sam siebie wcale za przedstawiciela antypsychiatrii nie uważa; nie ma takiej tożsamości. To nie znaczy, że nim nie jest. Chodzi o to, że uczony ten nie uznaje pojęcia antypsychiatria za właściwe w tym miejscu. To, że Szasz jest przedstawicielem antypsychiatrii, to nie kwestia jego tożsamości, tylko tego, że został za takiego uznany przez obserwatorów. Wedle jego poglądów pojęcie antypsychiatria jest narzuconą z zewnątrz etykietką i piętnuje pewne dążenia jako awanturnictwo, a przedrostek "anty-" ma mieć takie awanturnicze konotacje. On sam uznałby się po prostu za uczonego, który sformułował pewne poglądy i tyle. W swoich pismach wskazał na pewne nie chciane, wypierane ze świadomości społecznej oczywistości.

Inna ikona antypsychiatrii - R. Laing także nie uważał się za przedstawiciela antypsychiatrii. Za to uważał się za działacza kontrkultury. Moment, w którym Laing rozpoczął swoją batalię przeciwko psychiatrii przypadał na okres twardego samookreślenia się psychiatrii. Okres, który okazał się przejściowym. Chodzi o obowiązującą wtedy hegemonię poglądu, że choroby umysłowe są chorobami w dosłownym znaczeniu tego słowa, i że są chorobami mózgu. Publikacje i działalność Lainga oraz jego współpracowników były wymierzone przeciwko takiemu ujmowaniu rzeczy. Czyli jego celem nie było zniszczenie psychiatrii, tylko wybicie psychiatriom i szerszej publiczności powyższego  przekonania oraz zawrócenie psychitrii z takich torów rozwoju.Dopóki przekonanie o biologicznym podłożu chorób umysłowych było dominujące, dopóty Laing walczył z psychiatrią. Ale w momencie gdy psychiatria zaczęła dopuszczać alternatywne teorie, w tym fenomenologiczne spojrzenie Lainga, ten był usatysfakcjonowany. Dziś Laing nie żyje, inne głosy krytyczne wobec psychiatrii wprawdzie nie zamilkły ale przycichły (straciły na politycznym znaczeniu), a tymczasem tylnymi drzwiami paradygmat biologiczny złośliwie powrócił na uprzywilejowaną pozycję.

Z pojęciem antypsychiatrii kojarzone jest także wielkie nazwisko Michel Foucault. Publikację tego historyka, filozofa i socjologa pod tytułem "Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu" uważa się niekiedy za punkt wyjścia do wszelkiej krytyki psychiatrii, czy do studiów w tym zakresie. Ale i Foucault sam siebie nie uważał za przedstawiciela antypsychiatrii. Wyraźnie to nawet podkreślał (choć nie wiem, czy na wszystkich etapach jego kariery). To zastanawiające, ponieważ jego "Historia szaleństwa" nie zostawia suchej nitki na psychiatrii (uwaga prywatna: ta praca to mogiłła dla psychiatrii).

Foucault demaskuje psychiatrię jako urządzenie polityczne, jako technologię władzy, a dyskurs psychiatryczny, który ma dostarczać medycznego uzasadnienia (racjonalizacji) psychiatrycznym praktykom, jawi się tu jako zupełnie niewiarygodny. Z opisów dawniejszych praktyk, z cytatów z kart pacjentów i przytoczonych tam 'z sufitu wziętych' teorii na biologiczne uwarunkowanie chorób psychiatrycznych (przykład "zmiękczenie nerwów") bije czarny humor, dlatego można pokusić się o stwierdzenie, że psychiatria została przez Foucault wyszydzona.

Opisywane zjawiska Foucault traktuje z dystansem antropologa i stąd prawdopodobnie jego odcinanie się od zarzutów atakowania psychiatrii. Przypuszczam, że chciał w ten sposób przyjąć postawę (a może tylko pozę) dobrego antropologa, który opisuje pewne zjawiska, tworzy na ich temat teorie, ale stara się to robić tak, by w miarę możliwości nie zmieniać przedmiotu badań, czyli nie ingerować w badaną kulturę nawet, jeśli pewne jej elementy ocenia jako naganne. 

Foucault nie wykazuje, że psychiatria nie ma racji - tego się nie da, bo "choroba umysłowa" to dogmat, dogmaty nie poddają się naukowej weryfikacji. Foucault to doskonale rozumie i nawet nie próbuje rzeczą od tej strony się zajmować. On raczej obnaża totalną niekompetencję psychiatrii oraz graniczącą ze śmiesznością obłudę -  obłudę społeczeństwa, które opresję ubiera w medyczne fatałaszki.

Psychiatria w spojrzeniu Foucaulta nie jest dyscypliną partnerską, z której dorobku można pobierać wartościowe naukowo informacje. Psychiatria dla Foucault jest przedmiotem badania. Jest kulturową osobliwością, jakimś eksperymentem (bio)politycznym, zjawiskiem wartym bliższego przyjrzenia się z racji jego politycznej wagi.

We Włoszech, w Trieście w latach 60 i 70-tych działał psychiatra nazwiskiem Franco Besaglia. Początkowo publikował. Wykazywał między innymi, że pewne stwierdzane przez psychiatrów "objawy" są wynikiem samego (szpitalnego) "leczenia" a nie domniemanej choroby. Potem założył organizację polityczną Psychiatria Democratica, która środkami politycznymi doprowadziła do likwidacji szpitali psychiatrycznych we Włoszech. Byli w stałym kontakcie z ruchem antypsychiatrycznym w innych krajach. 

Co do tego, że F. Besaglia i Psychiatria Democratica stanowią część ruchu psychiatrycznego nie ma wątpliwości, ale istnieją drobne radykalne ruchy pacjentów psychiatrycznych odrzucające psychiatrię ale jednocześnie odcinające się od antypsychiatrii jako od "rewolucji doktorów". Czy należy traktować takie ruchy jako część antypsychiatrii, skoro sami odcinają się od antypsychiatrii? Pozostawiamy to pytanie bez odpowiedzi.

Czy ruchy pacjentów skierowane przeciwko psychiatrii, których cele są polityczne a nie naukowe należy zaliczać do antypsychiatrii? Przykładowo, najbardziej widoczny w polskim Internecie ruch występujący pod szyldem antypsychiatria jest z tego, co od nich wiem, nastawiony głównie na lobbing na rzecz zmian w prawie, by wyeliminować "przymus psychiatryczny". Są to głównie pacjenci, którzy chcą być dobrze traktowani. Chcą swobody, a stosunkowo mało ich obchodzi postulat zmiany obowiązującego w dyskursie akademickim paradygmatu. Chodzi im o wymuszenie na władzach przestrzegania Praw Człowieka w odniesieniu do instytucji i pacjentów psychiatrycznych, co jest żądaniem słusznym, ponieważ instytucje psychiatryczne stanowią dziś enklawę, w której te prawa są de facto zawieszone i olewane. Pacjent psychiatryczny nie jest traktowany jako człowiek, nie ma nawet prawa do bronienia się w sądzie! Psychiatrzy odmawiają rozmowy z adwokatami pacjentów! 

Co do antypsychiatrii jako dyskursu, to rozstrzygnięcie, co należy zaliczać do antypsychiatrii a czego nie, również nie jest sprawą oczywistą. Nie każde poglądy o antypsychiatrycznej treści (czyli zbieżne z poglądami ludzi uznawanych za przedstawicieli antypsychiatrii) należy uważać za antypsychiatrię. Same argumenty przeciwko medykalizacji 'szaleństwa' czy 'nieporządnego życia', jak postrzegano psychiatrię, bywały stawiane przez różnych intelektualistów praktycznie od początku psychiatrii. Od początku zgłaszano wątpliwości, co do naukowej zasadności takiego rozwiązania. Od początku dopatrywano się w medykalizacji przypadków osób społecznie uciążliwych gigantycznego nadużycia. A psychiatrię tak właśnie należy prawidłowo postrzegać, czyli nie jako jedną z nauk medycznych, nie jako normalną naukę medyczną, jak się nam jest prezentowana, tylko jako instytucję + technikę społeczną, której właściwym celem i 'produktem' jest dokładnie MEDYKALIZACJA przypadków osób społecznie uciążliwych.  

Oprócz para-medycznych i pseudo-terapeutycznych praktyk, produktem i zarazem środkiem prowadzącym do celu (tego właściwego celu psychiatrii) celu jest pewien dyskurs. Dyskurs medykalizujący przypadki osób społecznie uciążliwych, a więc ujmujący przypadki osób społecznie uciążliwych jako osoby cierpiące na jakieś tam "choroby" bądź "zaburzenia". Dyskurs, który pozwala przeinterpretować przypadki osób niezaadaptowanych społecznie czy zaadaptowanych w taki sposób, że te osoby są dla innych niewygodne. Przeinterpretować tak, żeby odfajkować te osoby jako osoby, które mają zdrowotny problem z rzekomo źle działającym mózgiem i przykryć tym samym prawdę o obserwowanym problemie, że to problem społeczny; problem ich społecznej adaptacji.

Zauważmy, że oficjalnym celem psychiatrii jest "leczenie". Leczenie, a więc konsekwentne zmierzanie do uzdrowienia. A więc efektywna pomoc. Pomoc niesiona konkretnie tym osobom i tylko im. A niby co ten proces medykalizacji ma mieć wspólnego z pomocą? A jeśli już, to czy rzeczywiście jest to pomoc tym osobom? Bo wszystko na to wskazuje, że bardziej jest to pomoc niesiona osobom lub instytucjom, dla których ta "leczona" osoba jest problematyczna (to zauważa Goffman w "Instytucjach totalnych").

W pewnym sensie można mówić, że osoba leczona jest odbiorcą faktycznej, realnej "pomocy" ze strony instytucji psychiatrycznej. Na czym ta pomoc miałaby polegać? Otóż instytucja psychiatryczna i jej wynalazek "choroby umysłowej" (względnie "zaburzenia") stanowi AZYL. Azyl chroniący przed agresją związaną z niespełnianiem norm środowiska, w którym osoba diagnozowana na co dzień przebywa, w którym to środowisku jest izolowana, dla którego to środowiska jest niewygodna.

Nie-naukowe, nie-medyczne przesłanki za tym stoją, a ekonomia władzy, ekonomia zarządzania populacją, jeśli posłużyć się terminologią w stylu Foucault'a. Oddanie ludzi 'uciążliwych' pod kuratelę lekarzy było rozwiązaniem administracyjnym, wynikało z odgórnych rozporządzeń władz, a teorię pozwalającą włączyć te praktyki do medycyny sfabrykowano na potrzeby takiego właśnie administracyjnego rozwiązania. Dlatego co do teorii psychiatrycznej, to powinno się mówić raczej o ideologii a nie o nauce. Najbardziej zbrodniczą jest ciągle psychiatria sądowa, która więzi pacjentów administracyjnie na podstawie orzeczenia o rzekomej chorobie psychicznej, ale bez udowodnienia winy przed sądem, bez prawa organizacji pozarządowych do obserwowania rozprawy sądowej, gdyż procesy pacjentów psychicznych są natychmiast utajniane i nie wolno o nich pisać ani mówić publicznie. Pacjenci sądowi, internowani bez wyroku sądowego w trybie administracyjnym na podstawie postanowienia sądu, nie mają prawa do złożenia skargi nawet do Rzecznika Praw Obywatelskich, bo każde skarżenie się na lekarzy uznane jest za nasilenie objawów chorobowych i skutkuje zalekowaniem oraz zrobieniem z pacjenta "roślinki narkoleptycznej". 


Antypsychiatria jako część kontrkultury 

Antypsychiatria wpisywała się w ogólny obraz kontrkultury. W ramach kontrkultury intelektualnie starano się zrozumieć różne mechanizmy opresji społeczeństwa przeciwko jednostce. Tropiono je, demaskowano, następnie bardziej lub mniej skutecznie zwalczano je. Opresję psychiatryczną piętnowano na równi z innymi formami przemocy społeczeństwa wobec jednostki. 

Nurt antypsychiatrii zaprezentował co prawda skrajny punkt widzenia, w początkowej fazie wykluczając zasadność jakichkolwiek kategorii chorobowych w odniesieniu do ludzkiej psychiki oraz nie dając przyzwolenia na stosowanie środków farmakologicznych. Ten zryw przeciwdziałający psychiatrii biologicznej miał jednak mimo elementu przesady pewne racje, które wynikały z szerszej wizji człowieka. Ideowe hasła antypsychiatrii zawierały w sobie wiele z retoryki egzystencjalizmu czy słownika fenomenologii, stykały się z fundamentalnymi założeniami personalizmu i funkcjonowały dość ściśle w ramach ówczesnych ruchów młodzieżowych. 

Zatem definiując antypsychiatrię można spróbować przyjąć obramowanie, że antypsychiatria to krytyka psychiatrii z pozycji kontrkultury; wyłącznie ta z pozycji kontrkultury. W ten czas z definicji wypadają nam wszystkie głosy krytyczne sprzed okresu kontrkultury. Przyjęcie takiego uproszczenia pozostaje kontrowersyjne, bo istnieją źródła (zwłaszcza te amerykańskie), które początek antypsychiatrii datują na XIX wiek (II połowa). Ponadto wypadają z definicji wszystkie nurty sprzeciwu wobec psychiatrii motywowane innymi (niż kontrkultura) systemami wartości. Wtedy z pojęciem antypsychiatrii nie łączymy -przykładowo- ruchu higieny psychicznej. Nie łączymy krytyki z pozycji wartości chrześcijańskich. Wreszcie nie łączymy z antypsychiatrią scjentologii, chociaż scjentologia (dianetyka) ze swej strony zdecydowanie odrzuca psychiatrię jako zbrodnię przeciwko ludzkości. 

XIX-wiecznych koncepcji - nazwijmy to - antypsychiatrycznych raczej nie zalicza się do antypsychiatrii, choć i takie źródła spotykamy, które zaliczają. Przede wszystkim amerykańscy uczeni/znawcy tematu mają tendencję do właśnie takiego, szerokiego definiowania pojęcia antypsychiatrii. To nie jest błąd, to kwesta tego, co dany autor uznaje za antypsychiatrię, bądź tego, jaka panuje norma w jego kręgu. Jeśli antypsychiatria zdefiniowana zostanie jako każdy sprzeciw wobec medykalizacji szaleństwa, to oczywiście XIX wiek i takie nurty jak ruch higieny psychicznej należy zaliczyć. Jeśli przyjmiemy wąską definicję, że to tylko ten konkretny ruch z lat 60-tych i 70-tych w obrębie kontrkultury - to nie. 

Skoro dyskurs istniał wcześniej, to publikacje z połowy XX wieku nie są czymś totalnie odkrywczym. Oczywiście to nie umniejsza zasług autorów. Te publikacje to kawał dobrej roboty. To porządna w sensie naukowym i jasna - eksplikacja odnośnej argumentacji, wykonanie której wymagało przenikliwego, otwartego umysłu, umiejętności obserwacji, charyzmy, także odwagi i niezłomności. To nie byli jacyś tam kontrkulturowi awanturnicy, tylko uczeni i intelektualiści najwyższej próby. Ryzykowali i jak już zadawali ciosy (argumentowali), to wiedzieli co robią i po co. Były to uderzenia precyzyjne i mocne. Były i są, bo przecież w każdej chwili można do ich publikacji powrócić, przekonać się. Jedyną przeszkodą jest słaba osiągalność tych pism, zwłaszcza, gdy jest się Polakiem i mieszka się w Polsce. Mało co jest dostępne powszechnie, mało co jest przetłumaczone, ale jest postęp: w 2011 GWP wydało Goffmana "Instytucje totalne").  

Tej argumentacji nigdy nie odparto. W zasadzie antypsychiatria miała i ma pełną rację bytu. Inna sprawa, że dyskurs psychiatryczny obronił się wykorzystując przewagi innego rodzaju niż argumenty naukowe, czyli przewagi polityczne (w szerokim rozumieniu). Nie dajmy się hipnotyzować mądrze wyglądającym, odnoszącym się np do genetyki teoriom z podręczników psychiatrycznych. Zapewniam, że za tymi efektownymi dekoracjami nic merytorycznego się nie kryje. 

Gdyby to przenieść na Przewrót Kopernikański w astronomii, to Szasz byłby odpowiednikiem Galileusza. Dokonano nie tyle odkrycia, że Ziemia krąży wokół Słońca, bo to już było wiadomo, co zbuntowano się przeciwko zaprzeczającej rozumowi postawie Kościoła katolickiego dla ktorego psychiatria w XVIII i XIX wieku była przedłużeniem Inkwizycji. Dziś takim zapierającym się prawdy Kościołem okazuje się psychiatria bedąca bardziej religią psychiatryzmu niźli rzetelna nauką. Przyczyny tego zaprzaństwa są polityczne, ideologiczne,  a przesłanki naukowe skłaniają raczej do antypsychiatrii. Z psychiatrami sądowymi najlepiej wcale nie rozmawiać zezwalając jedynie na osłuchanie serca i pulsu, nie udzielać im jakiejkolwiek informacji o stanie zdrowia, poglądach, przekonaniach, wyznaniu, bo ze wszystkiego co powiesz zrobią chorobę psychiczną zresztą zwykle na wyraźne żądanie administracji państwa totalitarnego. Im bardziej totalitarna i autorytarna jest władza, tym bardziej zakłady psychiatryczne są psychuszkami służącymi eliminowania osób politycznie czy religijnie niewygodnych. 

Do najbardziej znaczących osiągnięć antypsychiatrii należała rewizja pojęć normy i patologii, która wynikała z pogłębionej antropologii reflektującej nad fenomenem zła. Wobec lekarzy zmagających się z dziedziną psychopatologii stanął najtrudniejszy problem, mianowicie fakt jedności psycho-somatyczno-duchowej, która to jedność okazywała się naturalną zaporą przed redukcjonizmem biologicznym. Opis choroby umysłowej powinien zatem zasadniczo różnić się od opisu fizjopatologii, choć ogólna, medyczna diagnostyka mogłaby ułatwić znacznie definicję problemu i w konsekwencji jego pokonywanie. Dotychczasowy schemat opisu miał zastąpić obraz dezorganizacji w samej strukturze osobowej człowieka. Psychozy, a w mniejszym stopniu nerwice z powodzeniem dają się bowiem adekwatnie opisać w języku czynności związanych z istotą człowieka jako dysonans zewnętrznego i wewnętrznego życia w odniesieniu do siebie i świata.  Michel Foucault dążył do powiązania pojęć, narzędzi i metod dwóch pozornie rozłącznych odniesień: fizjopatologii oraz patologii psychologicznej, pragnąc w ten sposób odzyskać totalność leczenia. Wykształcenie jednej metodologii na użytek psychiatrii wydaje się jednak nie tyle trudne, co prawie niemożliwe. W stosunku do neuropatologii psychiatria cierpi na niemożność (przynajmniej do pewnego stopnia) określenia etiologii tzw. chorób psychicznych, gdyż przyczyny niektórych zaburzeń pozostają mgliste, nieznane albo łatwe do zakwestionowania. 

Trzeba sobie przy tym jeszcze uzmysłowić (również poprzez głębsze zainteresowanie się przekazami historycznymi), że substancje psychotropowe  są nowoczesną formą wcześniejszych stosów inkwizycyjnych, po których wycofaniu właśnie powstała dzisiejsza psychiatria. Na początku „oferowała” ona co prawda również tylko tortury fizyczne, ale że oficjalnie miała już być „nauką”, a nie inkwizycyjnym mordowaniem, słowo „czarownica/mag” zamieniono na diagnozę „Histeria” i "Schizofrenia" już można było dalej stosować inkwizycyjne metody na ludziach, którzy próbowali coś opowiedzieć o świecie pozazmysłowym, do którego religie uzurpowały sobie mieć wyłączność i nie tolerują innowierców od początku swojego istnienia, krwawo ich zwalczając. Trzeba tu zwrócić uwagę, do jakich rozmiarów się to dzisiaj rozrosło, tak, że jak ktoś protestuje przeciwko pedalstwu i pedofilii mnichów z Jasnej Góry, zaraz kierowany jest sądownie do szpitala psychiatrycznego na dożywocie, co równa się karze śmierci! W międzyczasie nikt nawet nie myśli o inkwizycji, dlatego powoli do łask znowu powracają średniowieczne egzorcyzmy, określane jako „postęp”, a psychiatria jest powszechnie uznawana za naukę, chociaż psychiatrzy współpracują z kościelnymi czarownikami od egzorcyzmów czyli klątw i zaklęć po łacinie. 


Antypsychiatria - "przewrót kopernikański" w psychiatrii 

Antypsychiatrię należy rozpatrywać jako próbę "przewrotu kopernikańskiego" w polu psychiatrycznym, jako uwolnienie społeczeństwa od totalitarnych psychuszek o charakterze pseudomedycznym. Użycie metafory przewrotu kopernikańskiego pochodzi z filozofii nauki Thomasa Kuhna. W tego typu przewrocie nie chodzi o poprawienie zastanego dyskursu ani o uzupełnienie go, chodzi o zmianę absolutnie rewolucyjną. Zmianę obowiązującego paradygmatu na lepszy, nowocześniejszy analogicznie do kopernikańskiej zmiany teorii geocentrycznej na heliocentryczną. Nie chodzi o to, by zaprzeczyć zgromadzonym obserwacjom, tylko o to, żeby przeinterpretować je w nowym paradygmacie. Chodzi o to, co dookoła czego ma krążyć. Dla astronomii lepiej jest ujmować rzecz tak, że Ziemia krąży wokół Słońca. Dla pola psychiatrycznego będzie to wyglądało mniej więcej tak:

zjawiska będące tradycyjnie przedmiotem zainteresowania psychiatrii lepiej (tj szerzej i w sposób umożliwiający tworzenie sensownych uogólnień) można tłumaczyć/wyjaśniać odrzucając tradycyjnie stosowaną ideę "choroby umysłowej" (/"zaburzenia") i sprowadzenie rzeczy do niuansów społecznego funkcjonowania osób, które tradycyjnie wpadają do kategorii umysłowo chorych (/zaburzonych).

Z centrum modelu wyjmujemy "pacjenta" i jego domniemaną chorobę (/zaburzenie), umieszczamy tam psychiatryczną instytucję.

[Dygresja:] To trochę można porównać do amerykańskiej wojny z terroryzmem. Żeby papka medialna była lepiej zrozumiała, dobrze jest zdać sobie sprawę, że nie o to chodzi jakie cechy mają muzułmańscy tak zwani terroryści, ani jakie zagrożenie potencjalnie stanowią dla amerykańskich cywili, chodzi o to, jakie ma cele i jakie środki stosuje aparat trudniący się "obroną" Ameryki przed tymi ludźmi. To zupełnie nie ważne, co "terroryści" rzeczywiście planują i co robią. Terroryści w tym wszystkim wydają się być odpowiednikiem czarownic (kolejną ich inkarnacją) dla inkwizycyjnych reżymów katolickich. Nie jest ważne nawet, czy oni istnieją w rzeczywistości, to znaczy, czy istnieją tacy działacze polityczni, odwołujący się do tradycji muzułmańskiej, nastawieni na zabijanie cywili, jako obraną metodę osiągania celów politycznych. To nie ważne, bo to nie jest tak, że "terroryści" po prostu są podstawą dla wyżywienia się grupy militarystów z USA. To amerykański aparat opresji przeciwko nim ich wyznacza. Ludzie wzięci na cel tego aparatu mogą w rzeczywistości być zupełnie normalnymi ludźmi. Mogą być nawet skłonni do brutalnych metod, które się im przypisuje, ale nie różnić się w tym od zwykłego wojska, przeciętnego kraju. Zauważmy, że Armia Krajowa w Polsce też bywało brutalne, też uderzali czasem w cywili, np Polaków, nie poddających się narzucanej przez AK dyscyplinie.

Nazwanie tego, czy tamtego muzułmanina terrorystą to nic innego, jak napiętnowanie kogoś. Tak napiętnowana osoba zostaje następnie przez Amerykanów eksterminowana bez konieczności podawania uzasadnienia (por. G. Agamben "Homo sacer"). Piętno terrorysty wystarczy za uzasadnienie wszelkich akcji podobnie jak piętno chorego psychicznie w Polsce. Można w tym momencie z tym człowiekiem zrobić wszystko bez żadnych sankcji ze strony 'suwerena' (gdziekolwiek jest ten ośrodek suwerenności, teoretycznie jest to lud). Nieważne, czy pod tym piętnem kryje się psychopatyczny morderca, obłudnie tłumaczący swoje motywy dżihadem, czy normalny bojownik, lokalny antyamerykański działacz polityczny, o tyle bezwzględny, że zdolny bez zmrużenia oka odpowiadać bezwzględnością na bezwzględność, by dorównać przeciwnikowi skutecznością. 

W Afganistanie póki co, Amerykanie z pomocą dronów w pogoni za terrorystami odstrzeliwują Pasztunom najlepszych mężów - miejscową 'starszyznę', elitę. Pewnie po to, żeby złamać ducha tego ludu, także zastraszyć wszystkich, którym przyjdzie do głowy przyłączyć się do antyamerykańskiej rebelii. Za czasów PRL gdy chodziliśmy do szkoły, wtedy uczono, że Niemcy, także sowieci, w okresie II wojny dążyli do eksterminacji polskiej inteligencji, by złamać ducha Narodu. Nie wnikamy teraz, czy to prawda, czy szkolne budowanie mitu narodowego i mitu szczególnej roli inteligencji (szkolna propaganda), ale jeśli tak rzeczywiście było, jeśli Niemcy i Sowieci mieli taki program, to odnosząc to do Afganistanu należy zauważyć, że ludzie, których eliminują tam Amerykanie, są odpowiednikiem tej właśnie klasy społecznej w Polsce okresu wojny (pomijamy Żydów, bo to trochę odrębna kwestia), której członkowie pochwyceni przez okupanta byli pierwszymi kandydatami do eksterminacji. W szkole PRL uczono, że celem Niemców-nazistów w odniesieniu do Polaków było wyhodowanie bezwolnej siły roboczej na użytek III Rzeszy i to w zestawieniu z historiozoficznym przekonaniem o szczególnej roli inteligencji w kształtowaniu spoistości i dumy narodowej stanowić by miało motyw takich działań okupantów. [koniec dygresji]

Idea "choroby" czy "zaburzenia" nie jest tu potrzebna. Odrzucamy ją jako właśnie zdemaskowany pojęciowy wytrych. To pojęcie czysto umowne, polityczne (w szerokim sensie). To słowo, które do niczego empirycznego (namacalnego) się nie odnosi. Brzytwa Ockhama zaleca wyrzucać takie pojęcia z modeli wyjaśniających jako "byt ponad potrzebę". Jedynym uzasadnieniem dla funkcjonowania tego pojęcia jest takie, że politycznie wygodne. Ale nie ma nic pod spodem - ot pojęciowy upiorek, pozostałość katolickiej Inkwizycji, zawsze zbrodniczej. Są siły polityczne, które chciałyby nadać mu empiryczną realność i tyle, ale na razie nie jest to możliwe, bo choroby empirycznie udokumetowane a dające zaburzenia emocji i myśli to toksoplazmoza, porfiria, zatrucia chemiczne. 

W dyskursie akademickim funkcjonują koncepcje podobne do antypsychiatrycznych, które pojawiły się równolegle do antypsychiatrii, na ogół nie zaliczane do antypsychiatrii. Weźmy poglądy K. Dąbrowskiego. Tak zwane choroby czy zaburzenia psychiczne, zwłaszcza nerwice, zgodnie z tymi poglądami stanowią proces pozytywny, naturalny, rozwojowy. Jeśli proces ten przebiega prawidłowo, jeśli się mu nie przeszkadza, to prowadzi on do uwolnienia twórczych potencjałów jednostki, czyli do zdrowia rozumianego zgodnie z poglądami autora. Poglądy te korespondują z poglądami R. Lainga i psychologów humanistów z USA: R. Maya, A. Maslowa, C. Rogersa. Autorzy ci publikowali mniej więcej w tym samym okresie co antypsychiatria. Tych poglądów raczej nie zaliczamy do antypsychiatrii, choć w samej ich treści nie da się wskazać istotnej przepaści dzielącej je od poglądów antypsychiatrów właściwych. Są to poglądy korespondujące z poglądami antypsychiatrów, jest między tymi poglądami pewna ciągłość. O nie-przypisywaniu ich do antypsychiatrii decyduje więc przypuszczalnie to, że stanowią oni odrębne od antypsychiatrów środowisko. 

Antypsychiatrzy nie tylko głosili swoje poglądy, ale działali na rzecz ograniczenia lub zniesienia instytucji psychiatrycznych, zwłaszcza szpitali. Psycholodzy-humaniści byli pochłonięci dyskursem psychologicznym i terapeutycznym. Poza publikacjami zajmowali się zawodowo prowadzeniem indywidualnych terapii. Tendencją antypsychiatrów natomiast było inicjowanie komun terapeutycznych, a indywidualne terapie dla antypsychiatrii były również na cenzurowanym. Psychologiczne koncepcje i praktyki terapeutyczne również stanowią rodzaj ukrytej (miękkiej) przemocy, ponadto czasem trącą szarlatanerią. J. Masson napisał w 1988 roku książkę "Against Therapy" ("Przeciw terapii"). Krytykuje w niej terapię, tę oferowaną przez psychologów, szczególnie psychologów sądowych. Po kolei krytykuje różne szkoły terapii. Także psychologom - humanistom w tej książce się dostało. Książka w swoim duchu stanowi jakby rozszerzenie antypsychiatrii na praktyki terapeutyczne oferowane przez część środowiska psychologów, praktyki, które są bardziej demagogią polityczną na rzecz reżymów niż terapią. 

Mamy też problem, czy zaliczać do antypsychiatrii publikacje późniejsze, jeśli tak, to które. Thomas Szasz - przykładowo - publikował także w latach 80-tych XX wieku i później a więc już po okresie kontrkultury i trudno by było wykazać bezpośredni związek tych publikacji z kontrkulturą. Dodatkowo niewykluczone, że nowe publikacje tego autora będą się jeszcze pojawiać, bo Szasz żyje i cieszy się znakomitą kondycją intelektualną. Każda kolejna jego publikacja czy oświadczenie podtrzymuje dawne poglądy. Nie miało nigdy miejsca żadne odwołanie tych poglądów, ani żadne częściowe odwołanie tych poglądów. Dotyczy to także pozostałych antypsychiatrów. Nie miało miejsca żadne naukowe obalenie tych poglądów. 

W psychiatrii szanującej autonomię i totalność osoby świat chorego jest postrzegany jako wielowymiarowa rzeczywistość, której specyfikę nie definiuje ani determinizm ani freudowska regresja. Korzenie zmienionej świadomości psychotyka wyrastają z wielorakich relacji czy kontekstów: fizjologicznych, psychicznych, egzystencjalnych, kulturowych i społecznych, które współdziałają w zaistnieniu zamkniętego świata patologii. Jeśli analizować myśl Faucoulta, pojęcie choroby psychicznej jako przedmiotu psychiatrii ukonstytuowane jest nade wszystko w wyniku przemian kulturowych, które odgrywają kluczową rolę w określaniu statusu patologii mentalnych. Wybuch lub wyłanianie się określonego schorzenia umysłowego ma zawsze związek z sytuacją życiową, w której relacje środowiskowe rodzą sprzeczne odczucia, konfliktowe motywacje albo paraliżują normalne funkcjonowanie. Napięcie, z jakim zmaga się indywiduum często wywołuje w ofierze tendencję kreacji sztucznych światów, które z czasem jak autonomiczne fantomy dominują nad sferą realnych codziennych procesów. Sytuację, w której wyjście z tak ukształtowanego świata staje się dla izolowanej jednostki niemożliwe, da się w przybliżeniu nazwać obłędem. 

Antypsychiatrzy nie przesądzają jednak realnej substancji takiej choroby, kładąc nacisk na entourage, z którego wynika, iż w jakimś poważnym stopniu patologię tę wytworzył napór czynników spoza wewnętrznego świata chorego. Orzeknięcie o chorobie umysłowej stanowi tutaj rodzaj ewidencji społecznej, reakcję na coś, co dzieje się w okopach zdławionej psyché. Choroby psychiczne, zwane nie do końca słusznie dewiacjami czy zaburzeniami, stanowią swoiste simulacrum określonego społeczeństwa, jego ograniczeń, tabu, fobii i napięć. Za większością tego, co nazywane jest zaburzeniem lub chorobą psychiczną mamy skomplikowana straszną traumę, często seksualne wykorzystywanie, gwałcenie lub dręczenie czy torturowanie przez najbliższych. 

Stosując myślenie dedukcyjne Szasz wskazuje na hamującą rolę religii chrześcijańskiej w tym katolickiej w pokonywaniu fundamentalnych problemów, z których później kiełkują tzw. dewiacje. Zdaniem Szasza nie można oczekiwać, iż w wymiarze transcendentnym zło społeczne i osobiste przestanie istnieć, tracąc możliwość oddziaływania na nasze życie. Odpowiedzialności za jak najlepsze warunki rozwoju psychicznego nie wolno przenosić poza horyzont działań teraźniejszych. Systemy religijne w mniemaniu Szasza pełnią rolę wygaszaczy napięcia, symbolicznych trankwilizatorów niepozwalających stanąć twarzą w twarz z bólem istnienia. 


Kwestia rzekomego obalenia antypsychiatrii 

Zwolennicy psychiatrycznego status quo zwoływali czasami konferencje, koniecznie z udziałem "wielkich" nazwisk, na których odsądzano antypsychiatrię od czci i wiary, ale niewiele miało to wspólnego z naukowym obalaniem antypsychiatrii. Były to raczej zabiegi mające na celu wyegzorcyzmowanie antypsychiatrii metodami średniowiecznej Inkwizycji chrześcijańskiej. Nie o to chodziło, że antypsychiatria nie ma racji, co o to, że nie życzono sobie, żeby antypsychiatria miała rację.

Same argumenty antypsychiatrii są także na dzień dzisiejszy całkowicie aktualne i nie ubyło im ani trochę racji. Zapewnienia ze strony zwolenników psychiatrycznego status quo, że domniemany postęp naukowy dostarcza podstaw paradygmatowi biologicznemu to bzdury bez oparcia w badaniach naukowych, które zwykle są ze sobą sprzeczne, jeśli o przyczyny rzekomych chorób psychicznych czy stanów niepoczytalności chodzi. Antypsychiatrię należy uznać za zasób wiedzy prawomocnej w sensie naukowym, wiedzy, która powinna być honorowana, a tymczasem nie jest, co z kolei jest nadużyciem i urąga naukowej metodzie. Ubezwłasnowolnienie psychiatryczne ciągle służy jedynie ograbieniu kogoś z jego majątku z pomocą represyjnych środków prawnych w służbie bezprawia - i do niczego więcej. 

Na podstawie treści większość publikacji antypsychiatrów należy zaklasyfikować jako socjologiczne, choć autor nie musi być socjologiem. Może być z wykształcenia np lekarzem. Publikacje antypsychiatryczne analizują instytucję, także dyskurs. Jeśli pojawia się medyczna argumentacja, to taka, że nie ma naukowych podstaw sądzić o chorobie w rozumieniu medycznym. Wprawdzie mamy jakieś zaburzenie ale jest to zaburzenie funkcjonowania społecznego a nie obiektywne zaburzenie w organizmie, które można byłoby leczyć. A jeśli u części diagnozowanych przypadków mamy do czynienia z równolegle występującą dolegliwością natury somatycznej, to nie należy uważać tej dolegliwości za istotę diagnozowanego zaburzenia, jak zwykła to rozumieć psychiatria. 

W socjologii cały czas mogą zdarzać się i zdarzają publikacje, będące faktycznie kontynuacją dyskursu antypsychiatrycznego. Z tym, że choć są to prace krytyczne, to jednak stricte naukowe i nie stanowią formalnie rzecz biorąc jakiegoś bezpośredniego ataku na psychiatrię, no i nie są elementem kontrkultury. Takie publikacje gdy się pojawiają, są klasyfikowane przykładowo jako "socjologia chorób psychicznych". Stanowią raczej niszową dziedzinę, ale charakterystyczną, i dlatego trzeba o nich napisać, że posługują się paradygmatem wypracowanym wtedy w ramach antypsychiatrii z czasów kontrkultury. Odwołują się do Szasza, Goffmana, Scheffa i innych jako do naukowych autorytetów.

Skoro antypsychiatryczna argumentacja jest głównie socjologiczna, to nie podlega uprawomocnieniu na gruncie psychiatrii ani nauk medycznych. Niezrozumiałe jest więc obserwowane roszczenie psychiatrii prawa do odwoływania antypsychiatrii. Także ci "eksperci", którzy obwieścili nam upadek antypsychiatrii (jej teoretycznej części) mogą się 'wypchać sianem' i podpalić. Wprawdzie można sobie wyobrazić sytuację, że nauki medyczne dostarczają argumentu obalającego antypsychiatrię, przykładowo podając marker poszczególnych jednostek chorobowych dla chorób psychiatrycznych, ale taka sytuacja nie miała jeszcze miejsca, i co do tego zapewniam czytelnika. Usilne prace badawcze mające dostarczać takiego markera spełzły na niczym. 

Można powiedzieć, że środowisko intelektualne tworzące ruch antypsychiatryczny było zjawiskiem pluralistycznym i otwartym na dialog. Wśród opinii mieściły się zarówno skrajne poglądy socjalistyczne bliskie anarchii (krytyka pojęcia normy/patologii i choroby psychicznej, negacja szpitali i farmakologii, zaprzeczanie istnieniu chorób psychicznych poza wymiarem oceny społecznej) jak i dość umiarkowana krytyka tradycyjnej psychiatrii (zarzuty wobec jej jednostronności, represywności, lekceważenia pozapsychiatrycznych czynników choroby, wyłączenie terapii elektrowstrząsami).  Ten fakt nie pozwala dokonać jednoznacznych ocen owego nurtu, choć pewne zdobycze są jednakowo widoczne po różnych stronach tego samego w zasadniczym zrębie fenomenu. 

Antypsychiatria przyjęta w całości swych rozwiązań byłaby zapewne trudna do utrzymania w systemach państwowych ze względu na rzekome dobro osób wymagających hospitalizacji oraz pomocy farmakologicznej. Przypadki takich wymagań terapetycznych są czasem oczywiste, choć niewątpliwie inne metody pomocy także powinny być stosowane często nawet na wyłączność. Krytyka postawy diagnostycznej opartej na  psychiatrii organicznej niejednokrotnie ma uzasadnienie i byłoby stanem idealnym, gdyby terapia osób z problemami umysłowymi przebiegała na wielu poziomach, a nie tylko poprzez izolację i zalekowanie neuroleptykami. Kompleksowa opieka domaga się konsultacji ze środowiskiem, zrozumienia uwarunkowań socjologiczo-psychologicznych oraz nade wszystko szacunku dla chorego także poprzez zauważenie głębi patologicznego doświadczenia. 


Mit choroby psychicznej 

Jeśli pochylić się nad psychiatryczną teorią i wnikliwie ją przeanalizować, to jasne okazuje się, że cała ta dyscyplina stoi na micie choroby psychicznej, który ciągle nie jest zweryfikowany naukowo w sposób pozytywny. Środki psychotropowe są narzędziem do zniszczenia mózgu i systemu nerwowego pacjenta, wyprodukowania inwalidy, ale nie są w żaden sposób środkiem leczniczym. Choroba psychiczna jest mitem, tj konstruktem kulturowym, i nie ma naukowych przesłanek pozwalających traktować tego, co kryje się za diagnozą jako fakt medyczny. O dziwo, to nie przeszkadza podręcznikom psychiatrii i większej części psychiatrów przedstawiać te "choroby" jako fakt medyczny. Quasi-medyczny sposób mówienia o przypadkach (etiologia, objawy itd) uwiarygadnia mit. Badania pozornie naukowe, które mają odkryć przyczynę "chorób" lub "zaburzeń" umysłowych są produkcją tak zwanej 'gówno prawdy', a nie odkrywaniem prawdy naukowej. Próbom dowodzenia, że domniemane "choroby umysłowe" i "zaburzenia" są problemami natury zdrowotnej od strony logicznej należy zarzucić błąd, polegający na używaniu tezy dowodzonej jako przesłanki w tym samym dowodzeniu. 

"Mit choroby psychicznej" - taki tytuł ma książka Szasza. Nie ma czegoś takiego jak "choroba psychiczna". Diagnozowany człowiek albo ma chorobę neurologiczną, albo po prostu ma problem natury życiowej, jakąś ciężką traumę. I ta sprawa w naszej ocenie nie wymaga już dalszej dyskusji. I jeśli medycyna w danym przypadku nie stwierdza choroby somatycznej, to nie może zakładać, że choroba jest, tylko że jej natura nie jest znana w sytuacji, gdy obserwowanym zaburzeniem jest relacja człowieka z otoczeniem. Nie można nawet naukowo stwierdzić, że mamy do czynienia z zaburzeniem, bo może to porządek, wypracowany przez daną grupę. Nie można zakładać, że społeczeństwo jest idealnie harmonijne, moralnie czyste, a jeśli ktoś się nie adaptuje, to na pewno ma coś nie tak z głową. Na dokładkę nie wiadomo co, ale i tak przyjęte jest z góry założenie, że na pewno coś, zatem mózg niszczy się neuroleptykami. 

W całym psychiatrycznym procederze nie chodzi o to, jaki jest pacjent - jakie są jego cechy. Chodzi tu o to, co się z nim robi - jakie są psychiatryczne praktyki łamania Praw Człowieka. Mimo to diagnoza jest przesączona opisami tego, jaki rzekomo jest pacjent - rzekomo jakie stałe patologiczne cechy wykazuje. I taka byłaby socjologiczna konkluzja ogólnych badań nad psychiatrią. Nie wiemy, czy istnieje choroba psychiczna, za to faktem empirycznym jest, że istnieje jakiś aparat instytucjonalny psychiatrii. Dysponuje on pewną władzą. Ma on pewne zadania w odniesieniu do ludności. Aparat ten opiera się oczywiście o jakieś teoretyczne założenia. Lecz dopiero poprzez własną praktykę niejako produkuje swoją pseudo prawdę o domniemanych cechach pacjenta uznanego za psychicznego. 

Dla zobrazowania posłużmy się analogią z przeszłości: inkwizycja a czarostwo. Poprzez pewne praktyki inkwizycja chrześcijańska (kościelne gestapo) produkowała pewną 'gówno prawdę' o czarach i o czarownicach. W praktyce dążono do uwiarygodnienia pewnych mitów. Ponieważ dowodów naukowych nie było, uwiarygodnienie następowało poprzez intensywne praktyki. Nie chodziło w tych procesach o to, jakie były obiektywne cechy czy zachowania prześladowanych osób, chodziło o to, jakie miał cele i jakie środki stosował aparat inkwizycji. Ten aparat powstał po to, żeby tropić i zwalczać aktywności Szatana na Ziemi, więc to robił. W praktyce tej pogoni produkowano prawdę o domniemanej działalności 'Złego'. Udany rezultat pewnych praktyk (czyli złamanie podsądnej osoby), brano za kolejny dowód na potwierdzenie ogólnego obrazu świata, którego wtedy integralną częścią były czary i bezpośrednia ingerencja Szatana w sprawy ludzkie.

Kluczowe jest tu społeczne zapotrzebowanie na taką działalność. Takie praktyki nie utrzymałyby się przez wieki gdyby nie strukturalny popyt. Dziś za głowę się łapiemy, gdy dochodzą do nas informacje o dawnych praktykach w procesach o czary, chociaż współczesna psychiatria jest dokładnie tym czym była dawniej Inkwizycja. Niedorzecznym nam się wydaje dziś dawna praktyka sądowa, że jako najważniejszy dowód w sprawie traktowano zeznanie torturowanej osoby, o z góry założonej treści. Albo to, że osoba przesłuchiwana odmawiając zeznania o z góry przewidzianej przez przesłuchujących treści mogła w ten sposób tylko pogorszyć swoje położenie.

Dziś nie potrafilibyśmy na te praktyki tamtych ludzi spojrzeć jako na działania racjonalne. A powinniśmy, bo czary były elementem rzeczywistości ówczesnych ludzi. Oczywiście nie chodzi o rzeczywistość obiektywną, tylko o ówczesny "matrix". Za to współczesnemu człowiekowi trudno rozpoznać bliźniaczy schemat w praktykach psychiatrycznych, a on tam jest. 

Współczesnemu człowiekowi łatwo spojrzeć krytycznie na dawną inkwizycję katolicką i protestancką, bo wiara w czary z grubsza rzecz biorąc nie jest elementem jego wyobrażenia o świecie. Łatwo mu przychodzi wyśmianie dawnych wyobrażeń o świecie bo ma 'grunt pod nogami', czyli światopogląd współczesny, uznawany względem tamtego za postępowy i diametralnie różny, za jedyny racjonalny, za umocowany naukowo. 

Mit "choroby psychicznej" okazuje się bardzo istotnym elementem "matrixu" współczesnego człowieka. Gdyby współczesny człowiek miał wyrzucić ten element ze struktury swoich wyobrażeń o świecie, przysłowiowo straciłby grunt pod nogami. To stan trudny do ogarnięcia, a z punktu widzenia kogoś, kto nie nawykł do tego typu poszukiwań - napawa wielkim lękiem. 


Społeczne funkcjonowanie psychiatrii 

Psychiatria i mit choroby psychicznej okazują się bardzo ważnymi filarami status quo naszego społeczeństwa bez względu na to, że dla większości ludzi nie stanowią na co dzień przedmiotu większej uwagi. Są ważne w sensie strukturalnym - określają obszar tabu w naszym społeczeństwie. Są w sensie strukturalnym bezpośrednim odpowiednikiem aparatu inkwizycji chrześcijańskiej i zjawiska czarostwa z dawnych epok. Co gorsza, im bardziej zbrodniczy jest psychiatra sądowy, tym bardziej powiązany z kościelną machiną propagandy politycznej, terroru i ucisku. 

Psychiatria miała i ma silnych sprzymierzeńców. Trwa jakby w symbiozie z innymi instytucjami. Jedną z nich jest sądownictwo i prokuratury.  Wyroki sądów wzmacniają politycznie psychiatrię, chociaż zapadają w trybie postanowień administracyjnych bez udowodnienia winy. Dla sądów możliwość podparcia się ekspertyzą psychiatryczną jest wygodna, zmniejsza koszty, otwiera możliwości internowania osób niewygodnych, takim przykładowo co skarżą się na działania sądów, sędziów i prokuratorów. Otóż sądy czasami mają do czynienia z przypadkami nie mieszczącymi się w logice prawa karnego. Może się zdarzyć podsądny, którego nie można ukarać jako przestępcę, lecz w danym przypadku ma miejsce społeczne oczekiwanie, albo oczekiwanie ze strony władzy, że sąd nie zostawi tego przypadku bez ingerencji; że zaingeruje. Ukrytą rolą i powinnością sądu okazuje się zaingerowanie, mimo że nie da się danego przypadku podpiąć pod paragrafy kodeksu karnego. Użyteczne jest z punktu widzenia sądu zaklasyfikować taką jednostkę jako chorą psychicznie i na podstawie 'faktu' choroby oddać delikwenta pod kuratelę lekarzy. Sąd swoje wyroki musi opierać na dokumentach, na 'twardych' przesłankach, na "faktach", stąd prowadzona przez lekarza "karta choroby" i lekarskie zaświadczenia i ekspertyzy - te dokumenty służą za formalne podstawy pod decyzje sądowe. Nie tyko sądowe bo i administracyjne decyzje muszą być oparte o dokumenty. Taka jest biurokracja, a zatem psychiatria okazuje się dzieckiem państwowej biurokracji. W każdym razie początek psychiatrii pokrywa się w czasie z upowszechnianiem się biurokratycznych metod zarządu. 

To, że sąd postanawia traktować dany przypadek jako chory przy zachowaniu świadomości, że to tylko umowne postawienie sprawy da się zrozumieć. Taka racjonalność sądu. Można to nawet uszanować. Ponura komedia zaczyna się, gdy system przechodzi do "diagnozowania" i  "leczenia" rzekomo chorego. Pacjenta "leczy" się i diagnozuje zupełnie na serio, w czym należy widzieć ową produkcję prawdy - uwiarygodnienie mitu "choroby" jako bytu obiektywnego, chociaż podsądny jest jedynie pomawiany i stygmatyzowany oraz złośliwie eliminowany ze społeczeństwa. 

Na podstawie sfingowanych dokumentów takiemu quasi-skazanemu administracja może przyznać nawet państwową rentę chorobową. Taka renta jest zwykle skromna, ale oznacza jako-takie bezpieczeństwo socjalne. A z punktu widzenia trwale bezrobotnego, społecznie wykluczonego perspektywa na bezpieczeństwo socjalne stanowi potężną zachętę do wejścia w rolę umysłowo chorego. To oczywiście nie jedyna zachęta - to marchewka i nie na każdego zadziała, natomiast ciemniejszą stroną machiny produkowania "wariatów" są kary, które lekarz może (bo ma taką władzę) wymierzać. Mamy więc i kij. Kary kryją się w takich sytuacjach pod eufemizmami "terapia" i "leczenie". A wszystko to oczywiście "dla dobra pacjenta", chociaż pod tym pojęciem kryje się etat dla lekarza w szpitalu i zapełnienie miejsc na jego oddziale psychiatrycznym. 

Być może w zjawiskach, kryjących się za psychiatrycznymi diagnozami w ogóle nie mamy do czynienia z zaburzeniem. Nie można wykluczyć, że obserwowane u diagnozowanych jednostek nienormalne dla obserwatora wypowiedzi i zachowania są ze strony jednostki przejawem zdrowia. Prawdopodobnie jest tak, że to społeczeństwo stwarza sytuacje, że ta osoba nie może zostać konformistą lub istnieją w danym przypadku do tego poważne przeciwwskazania. Być może z punktu widzenia diagnozowanej osoby zachowania, które przejawia to optymalna strategia odnajdywania się w świecie w kontekście zewnętrznego uwarunkowania, w kontekście szans i możliwości jakie społeczeństwo wobec tej konkretnej jednostki roztacza. Nie można odrzucić poglądu, że to społeczeństwo jest chore, a jednostki niedopasowane są okazami zdrowia, czego symptomem jest, że nie przejawiają dostosowania do chorego, zaburzonego społeczeństwa.

Wedle poglądów G. Beatesona (Lainga, Coopera) schizofrenik jest produktem rodziny. W okresie dorastania osoba u której rozpoznawane są potem "objawy" bywała według Batesona często stawiana przez bliskich w sytuacji sprzecznych oczekiwań, w sytuacjach w których nie można wygrać. Myślę, że każdy z nas zna z autopsji takie sytuacje, bo podwójny zestaw reguł dla różnych instytucji naszego społeczeństwa jest normą nie wyjątkiem. Jak w takich sytuacjach zachowuje się normalny człowiek? Otóż "głosuje nogami". Czyli że oprotestowuje grę, ale chcąc postępować wedle reguł nie ma jak. Może protestować tylko wykraczając poza reguły. Dyskurs nie przewiduje adekwatnych środków wypowiedzi i na tym polega cała perfidia tej gry. Pokrzywdzony przybiera postać błazna. Schizofrenik może być rozpatrywany właśnie jako ktoś, u kogo uniwersalną receptą na wszystko stało się takie "głosowanie nogami". Tym doprowadza do szału funkcjonariuszy szeroko pojętej władzy tak, że ci wykazują dążenie, by go jakoś złamać, a jeśli nie potrafią, to przynajmniej schować. Zakład psychiatryczny się do tego idealnie nadaje! 

Być może diagnoza psychiatryczna ma zadanie odwrócić uwagę od podwójnych reguł. Diagnoza psychiatryczna chroni system społeczny i polityczny przed kompromitacją. Choroba psychiczna, nazwana przez Michela Foucaulta „wyalienowanym szaleństwem” stanowi rodzaj komunikacji, języka wyrażającego ból, cierpienie i bezdroża nieludzkiej cywilizacji. Zmieniona świadomość i zachowania chorego muszą być rozumiane w kontekście szeroko pojętych relacji, bo jak pisze Foucault: „tylko rzeczywisty konflikt warunków istnienia może służyć za strukturalny model paradoksów świata schizofrenicznego”. Rozumienie mechanizmów patogennych pozwala z większą pokorą  podejść do zjawiska obłędu oraz wyeliminować w miarę możliwości nadmierne, autorytatywne podporządkowanie pacjenta lekarzowi psychiatrze. Najlepszą postawą byłby zatem dialog umożliwiający poszanowanie wolności wraz z  odkryciem „innego świata”, w którym obecna jest określona logika, samoświadomość, wizja rzeczywistości niekoniecznie tak zniekształcona, jakby wynikało z twardego, ścisłego opisu choroby. 

Poza wieloma walorami praktycznymi antypsychiatria wprowadziła taki model współpracy z chorym, który zakłada funkcjonowanie niepełnosprawnych psychicznie w ramach pełnowartościowego świata osób, w którym takie wytyczne jak: odpowiedzialność, wolność, świadomość, praca nie są traktowane jako wyłączna domena „zdrowych”. Owe wyżej wymienione zmienne osobowego życia mają zastosowanie także w świecie psychotycznym jakkolwiek w formie zmienionej, podlegającej wahaniom i ograniczeniom. Dziś zwykle nie neguje się potrzeby istnienia klinik psychiatrycznych, nozografii i samego istnienia zaburzeń psychicznych, jednak zawsze humanistyczny kierunek poznawczy w medycynie jest nieodzowny tam, gdzie gra toczy się o godność pacjenta, o jego osobową wielkość i samostanowienie. Antypsychiatrzy jednak ciągle postulują skrócenie i zminimalizowanie czasu lekowania pacjentów na rzecz humanitarnych metod terapeutycznych. 


Amerykańska masakra pistoletem automatycznym 

Od czasu do czasu w mediach pojawiają się informacje o niezrozumiałych zbrodniach, gdzie przykładowo matka zabija swoje dzieci, ojciec - rodzinę, James Holms urządza masakrę w kinie. Przekazowi medialnemu często towarzyszy pytanie o "zdrowie psychiczne" sprawcy. Jeśli wychodzi na to, że sprawca kiedyś się leczył psychiatrycznie, społeczeństwo oddycha z ulgą: mamy winowajcę, jest nią choroba psychiczna. A czemu nie postawić hipotezy, że to leczenie psychiatryczne spowodowało, że ktoś nie umiał sobie poradzić z emocjami?

Spotykamy się w internecie z niszową hipotezą, że skoro często okazuje się, że sprawcy amerykańskich masakr w szkołach brali w swojej karierze antydepresanty, to może te antydepresanty powodują te masakry. Można założyć (jest to całkiem uprawnione naukowo), że "choroba psychiczna" nie jest patologią, tylko optymalnym dostosowaniem do szczególnych (szczególnie toksycznych) warunków rozwojowych. 

Mówi się, że mózg ludzki jest skomplikowany, niepoznany w swoim funkcjonowaniu. Zatem działanie leków psychotropowych (oddziałujących bezpośrednio na mózg) jest także nierozpoznane. Działanie leków psychotropowych jest niewątpliwie wywołaniem zmiany w działaniu mózgu. Jeśli wcześniejsze działanie mózgu nie było patologią, to zmieniając to działanie środkiem psychotropowym patologię (nieoptymalne funkcjonowanie) właśnie wywołaliśmy. Być może trwale (inwalidztwo) albo próba samobójcza jakich podejmuje się wielu pacjentów w Polsce po spędzeniu kilku lat w tak zwanych ROPS-ach - Rejonowych Ośrodkach Psychiatrii Sadowej, odpowiednikach sowieckich i amerykańskich psychuszek sądowych. 

Czemu, gdy mamy jakieś nieszczęście, typu amerykańska masakra w szkole i odkrywamy, że sprawca kiedyś leczył się psychiatrycznie, to zupełnie na serio bierze się hipotezę o rzekomej chorobie, która wywołała jakiś nieznośny stan napięcia u sprawcy, a nigdy nie bierze się na poważnie hipotezy, że mózg jest zaburzony samym leczeniem? Skoro mamy kozła ofiarnego w postaci domniemanej choroby psychicznej, to leczenie psychiatryczne (konkretna ingerencja w działanie mózgu) ma w całej sprawie status świętej krowy. Czyżby uważano, że takim "leczeniem" można jedynie pomóc, że takie leczenie nie może zaszkodzić? Psychiatria po prostu zakłada (implicite), że leczenie jakie oferuje jest pozytywne, a jeśli w danym przypadku nie jest, mamy do czynienia z błędem. Mamy z drugiej strony funkcjonujące społecznie jako truizm założenie, że mózg jest tajemnicą. Z tego to założenia wynika w sposób oczywisty, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy dane jego działanie jest patologią, czy nie jest. To samo z ingerencją w mózg: nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy ingerencja wpłynęła pozytywnie czy negatywnie. Skąd przekonanie, że leczenie psychiatryczne jest na plus? Na podstawie "objawów"? Leczony psychiatrycznie nie będzie zdradzał "objawów" nadpobudliwości, jedynie  w obawie przez dalszymi torturami jak wiązanie w pasy. Trup też nie zdradza objawów, a pacjent to trup narkoleptyczny. 

Inny aspekt komunikatów medialnych dot masakr: gdy pojawiają się komunikaty o szalonych zbrodniarzach, dziennikarze zaraz dochodzą, czy sprawca leczył się psychiatrycznie. Jeśli nie leczył się, oczywistym wnioskiem (dla dziennikarza) jest, że nie leczył się, a był powinien. Na tę okoliczność powołuje się do życia termin "ukryta choroba". Gdy delikwent leczył się, to oprócz tego, że mamy winowajcę ("choroba"/"zaburzenie" spowodowała niezrozumiałą zbrodnię), oczywistym (dla dziennikarza) pytaniem jest, czemu ten ktoś, mimo że wiadomo było, że chory psychicznie (o fakcie choroby ma zaświadczać fakt, że się leczył), to czemu nie był trzymany w kagańcu i kto za ten stan rzeczy odpowiada.

To cudowny schemat myślenia - wszystko się weń wpasuje. Przecież nie można podtrzymywać społecznej żywotności takiej bzdury! Świadomość musi się zmienić. Społeczeństwo musi się zmienić. Z korzyścią dla siebie - to nie żadne wyrzeczenie. Musimy dojrzeć - jako Ludzkość. Nie chodzi tu o żadne o pochylanie się nad losem biednych "chorych" (czytaj wariatów odmieńców). To chodzi o pochylenie się nad własną niedolą. Niedolą wynikającą z niedojrzałości i głupoty. Poprawa położenia dzisiejszych wykluczonych to tylko jedna z korzyści, jakie mogą wyniknąć dla ludzkości z antypsychiatrii. 


Antypsychiatria a zarzut utopizmu 

Ponieważ antypsychiatria jest de facto postulatem przebudowy całego społeczeństwa, jednym z zarzutów przedstawianych antypsychiatrii przez krytyków jest utopizm. Ten zarzut nie jest zupełnie z sufitu wzięty, ktoś tam ma prawo tak uważać, ale my się z tym zarzutem nie  zgodzimy, bo dla nas typowo utopistycznym projektem socjotechnicznym jest obecny trend rozwojowy społeczeństwa polegający na standaryzacji postaw i stosowaniu w tym celu technik regulowania nastrojów, w tym farmakologicznych. To przecież "Nowy Wspaniały Świat" A. Huxleya, widmo którego nas zwykle przeraża, a nie widzimy, że taki "Nowy Wspaniały Świat" już jest dookoła nas, a psychiatria stanowi jeden z jego kluczowych filarów. To medykalna utopia jest dziś naszym problemem, którego nie jesteśmy nawet świadomi. Antypsychiatria rozpatrywana jako projekt utopistyczny przy obecnej utopii medykalnej jest koncepcją ultra-liberalną, leseferystyczną.

Co do antypsychiatrii jako projektu na lepszy świat, to wcale nie głosimy tezy, że istnieje w postaci antypsychiatrii uniwersalna recepta, która nas wyzwoli definitywnie od cierpienia.  Jednak uważamy, że świat może być nieco lepszy, w sensie że znośniejszy dla wszystkich - to ważne: dla wszystkich, nie chodzi tylko "wariatów". Dla normalsów to wcale nie jest żadne wyrzeczenie na rzecz "wariatów", bo też skorzystają.

Jeśli w ogóle mówimy o zaburzeniu przypisanym do jednostki, to jest to szeroko pojęte zaburzenie społecznego funkcjonowania; zaburzenie w relacjach z innymi; zaburzenie komunikacyjne itd. W niektórych przypadkach przyczyną rzeczywiście mogą być jakieś anomalie natury przykładowo genetycznej, ale nie są one istotą psychiatrycznej diagnozy. Dana ułomność stanowić może piętno, które sprzyja wykluczeniu. Diagnozy psychiatryczne to nic innego, jak medykalizacja tegoż wykluczenia. A samo wykluczenie może mieć zupełnie inne podłoże, jak w okresach recesji gospodarczej wiele firm plajtuje, ubywa miejsc pracy.

A skoro takie zjawiska mają miejsce, to być może społeczeństwo jest chore i wymaga przeobrażeń, a nie diagnozowana osoba. Prawdopodobnie możliwe jest lepsze społeczeństwo. Lepsze - mamy tu na myśli - w następujących aspektach: 

* mniejszy niż obecnie margines wykluczenia; 

* przejrzystość reguł gier społecznych, co ma sprzyjać uczciwości; jeśli społeczeństwo będzie mniej obłudne, reguły będą jawne to i mniej będzie ludzi, którzy "postradali zmysły"; 

* od strony obyczajowej: większa otwartość, sprzyjająca adekwatnemu do przeżyć wyrażaniu się, czyli większej tolerancji dla nonkonformizmu; 

Świat może być bardziej 'na luzie'. Dzisiejszy świat wbrew pozorom nie jest wcale 'na luzie', choć taki udaje. Mimo że mamy dziś 'kolorki', piękne reklamy (w kontraście do "szarzyzny" PRL'u) i możemy konsumować dowolne narkotyki, w tym wyuzdany seks. Mimo że młodzi ludzie się uśmiechają, w sytuacji, gdy ktoś uśmiecha się bo musi, musi żeby nie wylecieć poza ramy społeczne, to trudno na tej podstawie wnioskować, czy jest rzeczywiście szczęśliwy, czy jest rzeczywiście wyluzowany. Za tym kryją się postawy dość wystandaryzowane. Dzisiejszy 'luzak' jest produktem morderczej samodyscypliny, którą sobie narzuca, żeby zmieścić się w wyśrubowanym standardzie bycia luzakiem. Trzeba wiele samodyscypliny i poświęcenia, żeby przy obecnych standardach wypaść przed innymi jako 'luzak' przekonująco. Dymsza dziś by pewnie nie dał rady i nie dlatego, że zabrakłoby mu luzu ale dlatego, że zabrakłoby mu samodyscypliny, żeby przekonująco sprostać trudnej do odegrania roli 'luzaka'.

Antypsychiatria nie obiecuje uwolnienia nas od wielkich społecznych problemów, ale może nas wyzwolić od tyranii nas samych i to wcale nie jest utopią. Wyzwólmy się. Wyzwólmy się w ten sposób, że wyzwólmy nasze myślenie. Będziemy dzicy, ale to wcale nie oznacza, że mamy 'wracać na drzewa', by żyć jak inne zwierzęta. Po prostu będziemy robić swoje. Będą zmiany, ale takie, że ograniczymy konsumpcję samochodów, bo samochód kupować będziemy tylko, gdy go potrzebujemy, a nie w celu sprostania standardom, za wszelką cenę. Zmieńmy się! To dla nas ewidentna korzyść, a tylko przy okazji przestaniemy "dla ich dobra" krzywdzić jednostki nonkonformistyczne.

Zwierzęta zwykle nie krzywdzą bez powodu. Krzywdzą, i to bez wyrzutów sumienia, gdy potrzebują pożywienia, ale nie ma między nimi gierek ambicjonalnych, obłudy ani sadyzmu/masochizmu, nie ma zboczenia, etc. Ich społeczności nie produkują jednostek "chorych psychicznie". Dziś tyrania przedstawia się nam jako siła wyzwolicielska, jako lekarstwo na bolączki (częścią tej oferty są antydepresanty), jako czynnik prowadzący nas do zbawienia. A tymczasem to ona sama jest naszym problemem. To ważne odkrycie, warto sobie je uświadomić, bo zwykle przekonani jesteśmy, że to jej niedobór (obecności władzy i jej technik w naszym życiu) jest źródłem problemów. Bzdura, to władza i nadmiar jej technik jest praprzyczyną wszelkiego zła. Zła w rodzaju pedofilii i Holmesa. Nie natura ludzka, a jej ucisk. To, z czym walczy władza, jest najbardziej ludzką, za razem zwierzęcą, częścią człowieka, bo to nasza natura. Można kogoś zrepresjonować, sprawić, przykładowo, żeby ktoś się tego czegoś wstydził. Ale tego czegoś nie można wyeliminować, to coś, to nasza natura. Jednak w dążeniu do eliminacji tego czegoś (rzekoma potrzeba ochrony społeczeństwa przed tym czymś) władza doprowadza do zrepresjonowania tego czegoś. Ponieważ nie można tego czegoś zabić (nie zabijając organizmu) to coś w warunkach zrepresjonowania czasem doprowadza do wybuchu psychicznego wulkanu. Lecz wtedy nie można obwiniać o konsekwencje tego czegoś, ponieważ właściwym winowajcą jest władza, system opresji. Koniec końców - system społeczny nie respektujący naszej natury. 


Antypsychiatria - uwagi podsumowujące 

Nie widzimy podstaw, żeby uznawać tezy antypsychiatrii za coś mylnego czy nieaktualnego. Nie miało miejsce żadne obalenie argumentów antypsychiatrii. Zacznijmy od tego, że są socjologiczne, dlatego psychiatria nie może sobie rościć prawa do ich przyjmowania lub nie, do ich uprawomocniania bądź nie. Lecz nawet w aspektach medycznych antypsychiatria pozostaje aktualna, co oznacza, że nie odkryto w organizmie patologii stojącej za domniemaną "chorobą psychiczną". Ale to najwyraźniej nie ma znaczenia, bo ten dyskurs to polityka a nie nauka. Tu  nie argument rządzi. W psychiatrii hipotezy funkcjonują za dowody. Taki stan rzeczy może świadczyć tylko o tym, że istnieje potężny lobbing natury politycznej na rzecz poglądu, że choroby umysłowe są chorobami w sensie dosłownym i że są problemem medycznym. Nie bez znaczenia jest też społeczna inercja. Zaznaczamy, że określenia polityka i polityczny używamy w szerokim znaczeniu tego słowa. Chodzi o grę interesów w społeczeństwie, o szeroko pojęte sprawy publiczne, o dyskurs, nie chodzi tu o rząd ani Sejm. 

Argumenty antypschiatrii są zupełnie przekonujące i aktualne. Rzekome "dowody" na medyczne podstawy diagnoz psychiatrycznych po ich przeanalizowaniu okazują się wiecznymi hipotezami, podpartymi wyłącznie dziwnymi zależnościami statystycznymi. Dziwnymi, bo fabrykowanymi zależnie od tego, co dany badacz zamierza osiągnąć. Efekt psychologiczny w ten sposób można osiągnąć, a czy naukowy dowód? Nie ma mowy! Nie mamy wystarczających informacji by oskarżać tych badaczy o fałszowanie danych, ale o statystyczne naciągactwo i nadużycie autorytetu nauki można oskarżać śmiało, chociaż afery takie jak sfabrykowanie istnienia ADHD zostały ujawnione przez samego twórcę tej nieistniejącej choroby. Statystyka nie jest dyscypliną dostarczającą naukowej wiedzy. W statystyce i bez fałszerstw można udowodnić niemal wszystko, jeśli tylko ma się taką motywację i odpowiednio dużą bazę danych. 

Hipotezy psychiatryczne są oparte wyłącznie o statystyki oraz potrzeby totalitarnych reżymów politycznych. Wykazanie dowolnej zależności statystycznej (korelacja drobnego odstępstwa od statystycznej normy w organizmie z diagnozą) we współczesnych podręcznikach psychiatrycznych traktowane są praktycznie na równi z dowodem na biologiczne uwarunkowanie biologiczne diagnozy psychiatrycznej. Jeśli tak używać statystyki, to można 'udowodnić' wszystko. Poprzez pewne praktyki pozoruje się naukową prawomocność teoretycznych podstaw psychiatrii. Nawał rozmaitych informacji typu jak to schizofrenia w 50% jest uwarunkowana genetycznie, jak to geny takie a takie ze schizofrenią są związane, jakie to zmiany morfologiczne wykryto, jakie to wady rozwojowe - wszystko to jest gruby puder na to, że nie ma podstaw do założenia, że choroby umysłowe są chorobami w sensie medycznym. Za nawałem tych bardzo mądrych słów, niekiedy nawet rycin, schematów i tabel, nawału teorii szczegółowych kryje się niezbyt silna zależność statystyczna faktu diagnozy i czegoś tam i nic więcej. Ponieważ zależność ta nie jest nigdy zbyt powalająca, zawsze zostaje margines na pół strony, a "naukowcy" tłumaczą to, że przyczyny chorób psychicznych są po prostu bardzo złożone, a w ogóle to kwesta dalszych badań, a w ogóle to żebyśmy się zamknęli w swych dociekaniach, bo nie znamy się na naukach medycznych i nie mamy  prawa zajmować się problemami, które są przecież problemami medycznymi. 

Chcąc antypsychiatryczny dyskurs na nowo podnieść, należałoby go nieco uwspółcześnić, zaktualizować. Należałoby go uzupełnić, dostosować do zmian w dyskursie psychiatrycznym, w instytucjach i ogólnie w społeczeństwie, ale postać antypsychiatrii i to, ile racji ma antypsychiatria, od tego zabiegu się w ogólnej postaci nie zmieni. Antypsychiatrii nie ubywa racji tylko dlatego, że dyskurs psychiatryczny się nam tak namnożył, jak się namnożył, ani od tego, że układ społeczno-polityczny się cały czas zmienia. Antypsychiatrii racji nie ubyło, ale problem jest konkretny, bo im bardziej rozbudowany i rozdrobniony jest dyskurs psychiatryczny, to tym więcej czasu i energii wymaga jego dekonstruowanie. Dochodzą też nowe realia społeczne. Przykładowo nowym zjawiskiem, którego prawie nie było w latach 60-tych XX wieku jest popyt na diagnozy psychiatryczne ze strony klasy średniej, a więc popyt oddolny, konsumencki. Bo czy można odmówić wolnym obywatelom konsumowania tego, co im się podoba? Skoro oni chcą mieć zdiagnozowaną depresję (albo borderline) i ją/je leczyć, to czy nie jest to ich suwerenna konsumencka i osobista decyzja? Odpowiedzmy w duchu Szasza: nie można im zabraniać, podobnie jak korzystania z usług wróżek czy astrologów. Problemem, z którym walczy Szasz, nie jest psychiatria, tylko psychiatryczny monopol i związana z nim wszechobecna dezinformacja. Nawiasem mówiąc, konsultacje astrologiczne i u jasnowidzów są częściej obiektywnie prawdziwe niż diagnozy psychiatrów, szczególnie tych sądowych. 

W Polsce w swojej argumentacji wrogowie antypsychiatrii wykorzystują słabą znajomość piśmiennictwa antypsychiatrycznego. Jedną z używanych technik zafałszowania informacji jest sugestia (nie wprost), że antypsychiatria to wewnętrzna sprawa samej psychiatrii, ale to nie jest prawdą.  Istotą antypsychiatrii jest obalenie monopolu medycznego spojrzenia na obserwowane zaburzenia, które de facto są odmiennościami społecznego funkcjonowania niektórych jednostek. To oznacza, że należy dopuścić inne spojrzenia, jak chociażby socjologiczne. Antypsychiatria nie mówi, żeby zakazać praktyk i teorii psychiatrycznych, chodzi o sprzeciwienie się monopolowi psychiatrów sądowych na wolność człowieka. 

Kierowanie ofiar molestowania seksualnego przez księży czy zakonnice na przymusowe leczenie psychiatryczne jak to masowo miewa miejsce w Polsce jest jedną ze zbrodni ludobójczej psychiatrii sądowej XXI wieku. Osoby wspominające o tym, że molestował je seksualnie ksiądz, biskup, mnich czy zakonnica katolicka zamiast otrzymywać od państwa wyznaniowego pomocy przeciwko pedofilskim zwyrodnialcom, podlegają wmawianiu jakoby miały urojenia i poddawane są nieludzkiemu leczeniu psychiatrycznemu z rzekomych urojeń. Dotyczy to około 4-5 tysięcy osób rocznie, po 1989 roku czyli od czasu jak katolicka inkwizycja odbudowała swoją władzę i pozycję w Polsce. Za awersje do widoku krzyża pod oknami swojego domu lub za niechęć do bijących zbyt głośno dzwonów kościelnych, jak za "króla ćwieczka" trafia się w eskorcie katolickiej policji do zamkniętego zakładu psychiatrycznego, gdzie o zwolnieniu decyduje psychiatra konserwatywny katolik oraz sędzia konserwatywny katolik pospołu z katolickim kapelanem sądownictwa! Taką to metodą leczenia jest współczesna psychiatria w Polsce XXI wieku! 


15 lat zmarnowanych przez psychiatrów 

W przedstawionym artykule opisana została historia Henryka Onaka rolnika, który przez piętnaście lat uznawany był jako osoba chora psychicznie. Mimo że mężczyzna ten cierpiał na różne choroby somatyczne, stanowiące zagrożenie dla jego życia, psychiatrzy zabronili korzystać mu z pomocy lekarzy innych specjalności. Leczył się, więc ukradkiem. Po piętnastu latach, upodlenia, przymusowego brania leków, wywozów do zakładu psychiatrycznego w asyście policji oraz niedoszłego cudem ubezwłasnowolnienia, lekarze uznali, że osoba ta jest i była zdrowa psychicznie! Na dodatek lekarz, który uznał go za chorego do tej pory tak uważa. Psychiatrzy stwierdzili jednocześnie, że nie popełnili żadnego błędu w sztuce!

Piętnaście lat wyjętych z życia. Tyle trwała rzekoma choroba psychiczna Henryka Onaka. Po latach poniżeń i otumanienia lekami specjaliści orzekli: ten człowiek jest i był zdrowy. To historia nadająca się na scenariusz filmowy. Henryk Onak, mieszkaniec jednej z podtoruńskich wsi, skarżący się od lat na reumatyzm, nadciśnienie tętnicze i chorobę serca, miał wyjątkowego pecha. W 1991 roku trafił do kardiologa, który osłuchawszy go stwierdził, że prawdopodobnie ma do czynienia z chorobą psychiczną. Co kierowało lekarzem, nie wiadomo. Jednak ta rzadka, w ustach specjalisty od chorób serca, diagnoza przylgnęła do Henryka Onaka na lata. 

Chorobę psychiczną potwierdził toruński psychiatra Leszek Górecki. Zaordynował leki psychotropowe, po których chory, który jeszcze wtedy wierzył w diagnozy lekarskie, poczuł się okropnie - bolała go głowa i nie mógł spać - co jest typowe dla psychotropów. Gdy się poskarżył - trafił po raz pierwszy do szpitala psychiatrycznego przy ul. Mickiewicza w Toruniu. Kolejni lekarze stawiali podobne diagnozy - schizofrenia paranoidalna albo schizofrenia przewlekła. Co do tego nie mieli złudzeń: doktor Maciej Czerwiński, doktor Jan Koziełł, doktor Maciej Masztalerz, doktor Wioletta Jarosz-Nowakowska i kilku innych, którzy mieli choćby pojedynczy kontakt ze skarżącym się na bóle całego ciała, osłabienie i duszności rolnikiem. 

Na próżno tłumaczył, że cierpi na choroby somatyczne. - Psychiatrzy zabraniali mi leczyć się u innych lekarzy. Robiłem to za ich plecami - wspomina Henryk Onak. - Tłumaczyłem, że żona stara się ze mnie zrobić wariata, bo ma kochanka i chce przejąć majątek. Gdy nie brałem fenactilu, dzwoniła do psychiatrów. Po jednym z takich telefonów w asyście policji zawieziono mnie do psychiatryka. Łącznie byłem tam cztery razy. Fenactil wymyślili psychiatrzy hitlerowscy i stalinowscy do niszczenia oponentów politycznych w psychuszkach i dziwne jest, że w Polsce ciągle uważa się, że jest to lek... 

Dziś twierdzi, że brał psychotropy, by nie drażnić żony, która nalegała na leczenie psychiatrycznie i rozpowszechniała po lekarzach plotki jakoby był psychiczny. Walczyć o swoje życie zaczął, gdy żona wystąpiła do sądu o jego ubezwłasnowolnienie i przymusowe zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym. Sąd Okręgowy w Toruniu bliski był wydania wyroku w sprawie ubezwłasnowolnienia, bowiem biegłym miał zostać doktor Leszek Górecki uznający rolnika od lat za chorego psychicznie.

Żona Henryka Onaka, twierdziła, że ten znęca się nad nią, dusi, grozi śmiercią. Lekarze powołują się na jej słowa i podkreślają, że nie byli zobowiązani do ich weryfikacji. - Ta kobieta była pouczona o odpowiedzialności karnej - broni się doktor Wioletta Jarosz-Nowakowska, która podpisała świadectwo lekarskie do wniosku o przymusowe umieszczenie Onaka w szpitalu. Tymczasem rodzina, dzieci i sąsiedzi Onaków nie mają wątpliwości, że to pan Henryk jest w tym sporze ofiarą zwyrodniałej żony. Współczują mu i bardzo chcieli podzielić się swoimi odczuciami z sądem. Temu jednak wystarczyła jednoznaczna opinia biegłych psychiatrów i nie wchodził w spór o rodzinny majątek.

- Skoro uważałem się za zdrowego psychicznie i nie chciałem brać leków, uznano by to za objaw choroby - snuje logiczne przypuszczenia. - Gdyby nie moje odwołanie i pomoc specjalistów ze Szczecina i Bydgoszczy, pewnie siedziałbym w szpitalu w Świeciu do końca życia. 

„Nie stwierdzono cech choroby psychicznej, zwłaszcza schizofrenii”, „Nie wymaga leczenia w Poradni Zdrowia Psychicznego” - orzekli lekarze ze Szczecina i Bydgoszczy. Dzięki tym fragmentom wypisów szpitalnych Henryk Onak nie jest dziś w zakładzie zamkniętym. Jednak Sąd Rejonowy w Golubiu-Dobrzyniu zdążył już wcześniej wydać wyrok w sprawie umieszczenia go tam bez jego zgody. Decydujące znaczenie miała opinia sądowo-psychiatryczna wydana przez Jana Koziełła i Macieja Masztalerza. 

Doktor Górecki do dziś uważa Henryka Onaka za chorego psychicznie, doktor Koziełł zapewnia, że w ocenach kierował się zasadami sztuki. - To rzeczywiście bulwersująca sprawa, która uderza w całą psychiatrię - przyznaje profesor Aleksander Araszkiewicz, szef Katedry i Kliniki Psychiatrii Collegium Medicum UMK i wojewódzki konsultant ds psychiatrii.  

Szereg dyskryminujących ustaw, w tym ustawa o ochronie zdrowia psychicznego, przyczyniająca do ogromu nadużyć i krzywd ludzkich, funkcjonuje do dziś bez żadnych zmian. Zmiana ich jak np. wyeliminowanie instytucji ubezwłasnowolnienia, pozwoliłaby odebrać narzędzia tym, którzy posługują się tą podłą bronią w celu niszczenia krewnych, oponentów politycznych czy wyłudzania cudzego majątku. W Polsce wedle niezależnych organizacji popełnianych jest ponad 100 tysięcy takich zbrodni z pomocą psychiatryzmu rocznie! 


Werdykt Trybunału imienia M.Foucault 

Wyrok tego Trybunału osądza systematyczne przestępstwa psychiatrii, jako zbrodnie przeciwko prawom człowieka. Dokument został przetłumaczony na 20 języków w tym na język polski!  

Werdykt Trybunału Imienia M.Foucault

 Uzgodniliśmy, że psychiatria, która korzysta i nie zamierza zaprzestać używania systemu siły i przymusu, jest winna zbrodni przeciwko człowieczeństwu, niszczeniu ludzkiej godności, wolności i życia. Wszyscy, którzy noszą prawne piętno „psychiczne chorych” pozbawiani są naturalnych ludzkich i cywilnych praw człowieka. 

 Kontynuując – psychiatria nie może pretendować do miana sztuki leczenia, gdyż pogwałca przysięgę Hipokratesa i zmusza pacjentów do zażywania szkodliwych leków powodujących masową, na skalę światową, epidemię zaburzeń, znaną pod nazwą „tardiva dyskinesa”, jak również stosując inne metody interwencji, które my określamy jako tortury, np.: odosobnienie, terapie lekową, związywanie, elektroszoki i wszystkie inne zabiegi chirurgii psychiatrycznej i leczenia ambulatoryjnego, wykonywane bez zgody pacjenta. 

 Powyższe praktyki i ideologia pozwoliły psychiatrom, w czasie ery Narodowego Socjalizmu III Rzeszy na stworzenie ekstremalnego systemu mordu pacjentów pod pretekstem leczenia. 

Psychiatria nie potwierdza historycznej prawdy o sobie, nie tylko nie przyznając się do posiadanej władzy, dopuszczenia się gwałtu i przemocy w imieniu ówczesnego aparatu, lecz również dziś gra rolę wysokoopłacanego renomowanego organu kontroli społecznej i socjalnej, rodzaju policji, międzynarodowego przymusu, osądzającego zasady i obyczaje, piętnującego politycznie i społecznie różnice między ludźmi.

 Dlatego my, Jury, uznajemy psychiatrię winną stosowania kombinacji siły z nieobliczalnością, dla systemu totalitarnego.

 Żądamy zniesienia prawnych środków przymusu, w stosunku do „psychicznie chorych”, jako pierwszego kroku psychiatrii w kierunku społeczeństwa, a kończąc, na całkowitej rekompensacie szkód, jakich się dopuściła.

Tym samym muszą się znaleźć państwowe fundusze pieniężne na alternatywne do psychiatrii, godne i humanitarne rozwiązania.

Uzasadnienie werdyktu

Obrona mówi o terapeutycznej konieczności psychiatrycznego przymusu, aż do przemocy fizycznej, zaznacza jednak, że w dobrej psychiatrii stosowany przymus ogranicza się do minimum

Przymus jest najwyraźniej nie terapeutyczny, ale zależy od „rodzaju” psychiatrii. Osądzamy każdą formę psychiatrycznego przymusu, jako pogwałcenie praw człowieka. 

Prawo dla psychicznie chorych stosuje przymus psychiatryczny przy samozagrożeniu i zagrożeniu otoczenia. W praktyce posuwa się to jeszcze dalej. Chodzi tu o możliwość zagrożenia, w przypadku, kiedy nie doszło jeszcze do konkretnych czynów a już stosuję się profilaktyczne uwięzienie.

Obrona uważa że psychicznie chore osoby, które przez ograniczenie możliwości oceny własnych przeżyć i ograniczenie aktywności, zwolnione są od odpowiedzialności wobec społeczeństwa z powodu niezdolności do samooceny i samopomocy.

Uważamy to wyobrażenie o chorobach psychicznych za nieodpowiednie. Instytucja psychiatryczna nie może z tego powodu udzielić żadnej pomocy. Uważamy, że każda interwencja lekarska i leczenie powinna być dopuszczalna tylko za zgodą pacjenta. 

Wyjątkowo niebezpieczne jest również to , że sędziowie są stronniczy i zgadzają się bez zastrzeżeń z diagnozami lekarzy. Ludzie, którzy przeżyli psychiatrię mają prawo do odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu. 

Berlin 2.5.1998 

(Opracowanie własne materiałów ruchu antypsychiatrii wykorzystywanych w wykładach i prelekcjach) 

Linki: 


http://eioba-scjentologia.990.pl/ 

http://www.anty-psychiatria.info/cms/index.php 

1 komentarz:

  1. ja mialem doczynienia kilka razy z polskimi psychiatrami gdyz mialem nerwice na uczelni i mialem ojca tyrana ktory cale zycie sie nademna wyżywal psychicznie i nikt go nigdy nie zglosil
    i trafilem na obserwacje do takiego szpitala psychiatrycznego w Zgierzu z ktorego mialem wyjsc po 2 dniach zaraz po badaniach psychologicznych niestety ale zaden psycholog sie nigdy nie pojawil na tym odzdziale zeby mnie przebadac ,przetrzymywali mnie siłą bezprawnie przez 2 tygodnie , koszmar ,podawali mi ciężkie leki psychotropowe na shizofrenie , spaprali mi opinie pod koniec jak wychodzilem ze jestem ciezko chory na shizofrenie paranoidalna bo nie chcieli mnie wypuscic przyszla moja mama i sie upomniala o mnie bo juz miala dosc , po wyjsciu zauwazylem ze nie mam pieniedzy w kieszniach zdeponowanych wczesniej spodniach lekarzowi , okradli mnie , i wpisali mi ze majacze i jestem kompletnym shizofrenikiem , wychodząc nie moglem wydostac sie z tego szpitala mialem poprzebijane 4 opony na parkingu na terenie tego szpitala zgierskiego w swoim aucie grubym skalpelem wszystkie 4 opony szlag trafil i nikt sie nie poczuwal do winy ochroniarz niczego nie widzial , najgorszy jest fakt ze istnieje na naduzycia na terenie tych placowek przyzwolnie ze strony prokuratury , policji i sądow ktore mają pieniądze z tych chorych ludzi z uwagi na fakt ze szpital im odpala dole jak kogos zmuszą zeby sie powiesił albo go zajebią golymi rekami czy kopną go w kregoslup , nawpisywali mi cudow w karte ktora mam do dzisiaj typu ze jestem niebezpiecznym mordercą dla otoczenia , ze moge komus cos zrobic albo sobie , ze powinienem do konca zycia brac leki psychotropowe i sie zglaszac do ich poradni zdrowia psychicznego
    , mimo ze mialem standardowe problemy tylko takie ze robilo mi sie slabo i kolatanie serca , zglosilem naduzycia ze strony tego szpitala do zgierskiej prokuratury niestety ale nikt nawet nie przetworzyl moich skarg ze lekarze ci wpisuja co im sie podoba i nie ma nad nimi zadnej kontroli, nie mozna uzyskac zadnego zadoscuczynienia , jestem zdruzgotany bo mieszkam 3km od tego szpitala i wiele razy widzialem jak ci psychiatrzy ciągneli za wlosy nogami po ziemi ladne mlode dziewczyny do helikoptera osoby te krzyczaly , nie wiem kto temu szpitalowi psychiatrycznemu w Zgierzu pozwolil wogole wybudowac u siebie lądowisko dla helikopterow medycznych wyglada na to ze ludzi ciągna jako dawcow na przeszczepy prosto do helikoptera i nikt sie o nich nigdy nie upomnial , okropnie te mlode dziewczyny krzyczaly slyszalem to przez szpitalny plot jak chodze czasami na poczte , od przechodniow nie ma zadnej reakcji w Polsce na tych bandytow . ostatnio jakis pacjent rzucil sie tam z nozem na personel w tym szpitalu i szczerze mowiac mu sie nie dziwie . Moj tata dawal lapowki 20-25lat temu do lekarza psychiatry p.Korytowskiego w Gorzowie WLkp w szpitalu na ul.Walczaka zeby mu lekarz wystawial zwolnienia , mogl wtedy za pieniądze tez zostac wpuszczony na damski oddzial i uprawiac seks , bral mnie wtedy jak chodzil po zwolnienia za lapowki bylem maly na ten oddzial i wszystko slyszalem , nie nawidze go za to ze cale zycie mnie straszyl tymi lumpami . Wydostalem sie ze swojej nerwicy zwyklymi multiwitaminami pluszcz ktore bralem przez rok i widze nadal tych chorych lekarzy jak czasami ciagna mlode dziewczyny za wlosy nogami na ziemi krzyczące w nieboglosy do tego helikoptera

    OdpowiedzUsuń