środa, 9 października 2013

Interpretowanie nauk duchowych mistrza

Życie i działalność Mistrza Duchowego to wiele sytuacji które stają się anegdotami oraz przypowieściami pokazującymi prawdziwie ezoteryczne poziomy pojmowania oraz sens strof mistycznych o konieczności posiadania uszu do słuchania. Nie inaczej jest w przypadku jednego z największych Mistrzów naszych czasów, Śri Lalitamohana o którym jest opowieść. 

O tym jak ludzie ze środowisk niby zainteresowanych ezoteryką, magią, okultyzmem, hermetyzmem, tantrą czy jogą błędnie i pokrętnie interpretują treści przekazywane w naukach wiedzy tajemnej można się było przekonać w jednym studium ezoterycznym (psychotronicznym) we Wrocławiu, jeszcze w latach 90-tych XX wieku. Mistrz Lalita Mohan G.K. miał tam wtedy prowadzić intensywny dwudniowy warsztat na temat ćakramów oraz praktyk ze strumieniami energii wewnętrznej oraz symboliką jantramów.



Jako, że na spotkanie z większą ilością ludzi w różnym wieku, którzy interesowali się ezoteryką hobbystycznie, a chcieli zdobyć jakiś papier, certyfikat czy dyplom szkolny na to - Mistrz przybył swoim zwyczajem w przeddzień imprezy, w piątek wieczorem, a głównej organizatorki, która Mistrza znała jeszcze nie było, przedstawił się z imienia, jako przybysz na łykendowy warsztat o czakramach. I dołączył do powiększającego się tłumu zjeżdżających się w trybie zaocznym studentów owej szkoły oraz uczestników seminarium. 

Czas wieczorem mile leciał, a i oczywiście pewna część osób, około 70-siąt zaczęła dyskutować na temat nauk publikowanych przez Mistrza w formie książek oraz ledwie wtedy powstałym już Internecie, na bodaj pierwszej stronie internetowej z naukami Mistrza. Owi czytelnicy jęli uczenie prawić o tym co Mistrz Lalita Mohan G.K. miał na myśli pisząc te czy inne nauki, rady lub treści tajemne o rozwoju duchowym. W końcu Mistrz zaczął z początku delikatnie i nieśmiało wspominać o tym, że domyślanych się wyszukanych intencji, podtekstów ani treści ukrytych między wierszami nie ma, z nauka jest bardzo prosta, wystarczy wczytać się w słowa. 


Uczeni ezoterycy hobbyści jęli napastliwie krytykować i wyśmiewać sugestie Mistrza, autora tekstów z naukami, a także jego rzekomy brak łączności z Mistrzem i brak zdolności rozumienia tego co, w owych tekstach jest napisane. Mistrz oczywiście ani trochę nie przyznał się do tego, że jest we własnej osobie Autorem owych książek i artykułów z naukami. Za to dużo się dowiedział z dyskusji jak pomylonymi umysłowo byli ci, co podawali się za rzekomych jasnowidzów, speców od łączności z Mistrzami, otwartymi sercami czującymi intencje i te wszystkie banialuki często wygadywane na podniesienie swoich nieistniejących kompetencji z dziedzin okultnych. 

Dyskusjom nie było końca, przepychankom słownym i gwarancjom dla czystości odbioru przekazów tajemnych treści duchowych od Mistrza Lalitamohana z jego publikowanych nauk wyciskanych. To trochę jak z pisaniem wypracowania w szkole na temat, co autor jakiegoś wiersza chciał powiedzieć swoim czytelnikom, co zwykle ma się nijak do rzeczywistych intencji twórców. Tak jakoś bywa, nawet w Polsce, że jak autor czy autorka wiersza stanie do konkursu z interpretacją własnego utworu, a oceniający prace nauczyciele zupełnie nie wiedzą, że to twórca dzieła pisze 100 % miarodajnej prawdy o tym, co miał na myśli ubierając ideę w rymy i strofy, to dostaje najgorszą notę, a bywa, że zupełnie nie zalicza pracy, co było w przypadku poetki, która oblała egzamin na studia, gdy przyszło jej interpretować własny wiersz. Komisja powiedziała: "przypadkiem ma pani to samo nazwisko, co poetka, a tak kiepsko pani napisała, że nie możemy tego zaliczyć". Kobiecie tak było wstyd za durnych egzaminatorów i ich nędzny poziom świadomości, że nie przyznała się iż to ona jest poetką, a wszyscy przyjęci na studia i komisja egzaminacyjna wyjątkowo durnowatymi i tępymi debilami bez polotu. 

Jeśli o Mistrza Lalita Mohana G.K. chodzi, dyskusje, nawet ostre i zażarte toczyły się do późnej nocy, jako, że Mistrz lubi sobie pogadać, szczególnie, jeśli nikt nie wie kim jest, a i wyczuć nie potrafi, bo trzecie oczy są ślepe czy jakby betonem fałszywości zalane. Na Wschodzie duża część nauki polega na czytaniu duchowych, tajemnych nauk oraz na badaniu i korygowaniu ich rozumienia tak, aby głębia którą pojmuje Mistrz towarzyszyła także uczniom bez najmniejszych wypaczeń. Edukacja ezoteryczna nie jest zatem łatwa ani szybka, bo na zdobywaniu wiedzy z nauk tajemnych lata schodzą. 

We wrocławskiej szkółce zrobiły się nawet obozy, jeden taki, który ostro oponował na to, co Mistrz mówił o prawidłowej interpretacji swoich własnych przecież nauk, drugi, bardziej ugodowy, ale mniejszy, który w niektórych sprawach był nawet skłonny zgodzić się z sugerowaną przez ukrywającego swoje desygnaty Autora nauk. Było jeszcze pięć osób, które zgadzały się z Mistrzem Lalitamohanem, chociaż nie wiedziały, że to On sam we własnej osobie. 

Zdecydowana większość środowiska szczerze mówiła, że takiego głupa w ezoteryce jeszcze nie widziała, że szkoda nań czasu, a Mistrz jutro go albo wyprostuje albo wyrzuci z zajęć za wygadywanie bzdur, bo wszak oni lepiej wiedzą, co w jego  naukach napisane! Niektórzy czytali książki Mistrza kilkanaście razy i znają każde słowo. Grono dyskutantów rosło, po północy było już dobre 150 osób z początkowych około 70-ciu! 

I tak w końcu wszyscy poszli w końcu spać, niektórzy napaleni na zapytanie Mistrza na drugi dzień, co sądzi o tym "baranie" co się ze swoimi interpretacjami i tłumaczeniami tak wygłupiał wieczorem. Można sobie wyobrazić tylko szok, kiedy na drugi dzień, w sobotę, około 10-tej rano rozpoczęły się zajęcia. Wszyscy byli już w sali, a organizatorka, która dotarła 5 minut przed sesją zajęć raczyła wprowadzić Mistrza do sali i przedstawić szacownemu audytorium. 

Część sali zawyła jak zarzynane zwierzątka, tylko tych kilka, dokładnie pięć osób na dwieście sztuk z ezospędu miało powód do radości, co w grach hazardowych nazywa się 'obstawieniem właściwego konia'. Nikt z audytorium ostentacyjnie nie wyszedł, ale to pewnie dlatego, że zdecydowana większość miała program jako obowiązkowy do zaliczenia w ramach zajęć, a także dlatego, że około 50 gości dojechała rano i nie brała udziału w dyskusjach wieczorno-nocnych. 

Mistrz miał przyjemność oglądania sromotnych min tłumu ludzi do którego powoli docierało, że są zwykłymi ślepcami nierozumiejącymi tego co czytają, jako że na temat publikowanych nauk Mistrza dyskutowali, a nie na temat odmiennych poglądów innych szkół czy innych mistrzów, co dopuszcza różnice i nie jest powodem do dywagacji na temat intencji tego akurat Autora. 

Co ciekawe, owe pięć osób, które właściwie pojęły nauki Mistrza i trzymały stronę Autora w dyskusjach, zostało formalnie Jego uczniami, a także ciągle praktykują w Bractwie, co dowodzi tezy, że Mistrza trzeba czuć i rozumieć. Historia ta jednak to żywy dowód na to, że ludzie którzy czytają namiętnie, wielokrotnie nawet, nauki Mistrza, wcale nie są tymi, którzy je czują i rozumieją, nawet jak tak deklarują i to jest ogromna większość czytelników. Kilkanaście osób z tego 200-cie osobowego towarzystwa, nie licząc tych wspomnianych pięciu ze zrozumieniem, także próbowało uczyć się i praktykować u Mistrza, ale po siedmiu latach tylko jedna osoba z tego się ostała, co oznacza permanentną niezdolność 'ezoterycznych adeptów z naboru' do realnej nauki duchowej u Mistrza Duchowego. 

Prawdziwą szkołą ezoteryczną nie jest jakieś trzyletnie studiów zapoznawcze z dziedzinami okultnymi, ale szkołą ezoteryczną i okultystyczną jest od zawsze realna nauka poprzez terminowanie u Mistrza (czeladnictwo czela). Pieprzu dodawał fakt, że wśród z oponentów był jeden z uchodzących za ezoteryczną alfę i omegę wykładowców pracujących w owej szkole, chociaż sam się za wiele nie udzielał w dyskusjach woląc, aby robili to inni. Jak twierdził post factum, 'wyczuwał jakiś podstęp' w tych całych dyskusjach. 

I rzeczywiście historia była świetnym dla wszystkich uświadomieniem, że to, co wedle nich jest wyczuwaną intencją autora czy nawet zrozumieniem autora jest tylko złudnym bełkotem fantasmagorii, takim jak w szkolnych wypracowaniach na temat intencji poetów w ich utworach. Wykładowca ów do dzisiaj ma się świetnie i interpretuje całą masę różnych innych autorów, którzy w większości już się w grobach pewnie w supełki poskręcali z tego powodu, jeśli zrozumienie u jegomościa nie uległo znaczącej poprawie. 

Po takich historiach przestaje dziwić, że w poważnych Śaka, tradycyjnych wedyjskich liniach przekazu nauk Mistrzów Mądrości, dziesięciu starszych i doświadczonych adeptów przez lata bada i egzaminuje zrozumienie nauk oraz praktyk u nowicjuszy podejmujących Ścieżkę. Podobne zwyczaje mamy w szkołach ezoterycznych i hermetycznych, gdzie Mądrość od zawsze była Wiedzą ze zrozumieniem z punktu widzenia Mistrza, a nie jakąś dowolną interpretacją czy wymysłem nawiedzonych osób. 

Ludzie na Zachodzie, co prawda czytać potrafią, ale ze zrozumieniem, z pojmowaniem nauk duchowych, a dalej z operowaniem wiedzą tajemną w praktyce mają bardzo poważne problemy tak, że ilość tych, którzy schodzą na manowce albo zostają na przedszkolnym poletku fantasmagorii całkiem dobrze odpowiada tym proporcjom jakie zrobiły się w czasie dyskutowania nad znaczeniem nauk duchowych Mistrza Lalitamohana przez czytelników, którzy zapoznali się z nimi, ale jednak ich nie zrozumieli, a i jeszcze korekty z ust Autora przyjmować oportunistycznie nie raczyli. Jak na 100 czytelników kilku zaczyna rozumieć nauki duchowej świętej wiedzy, to widać, jak na "białasów" jest już całkiem nieźle. 

Cały pseudo ezoteryczny bełkot szalenie nawiedzonych, którzy chcą lepiej od Mistrza wiedzieć, co Ten miał na myśli kiedy coś napisał, Joga określa terminami Viparyaya - wypaczenie, pobłądzenie, pomylenie, błąd poznawczy, niewłaściwe poglądy, oraz Vikalpa - bredzenie, fantasmagorie, zmyślenia, urojenia. Lepiej jawnie pisać powieści fantastyczne ze swoimi zmyśleniami jako science fiction niźli bredzić w urojeniach i kłamstwach że się jakiś czanneling od rzekomo wyższych istot czy ufoludów przekazuje. 

Cóż mogą znaleźć ludzie poszukujący ezoteryki jeśli w niektórych szkołach zwanych ezoterycznymi w ramach 2-3-letniego studium chodzą na wykłady samych takich hochsztaplerów i w urojenia popadłych pseudo nauczycieli nie mających pojęcia o czym plotą, bo żadna renomowana tradycja okultna nie zweryfikowała i nie poprawiła ich spaczonych na wszystko poglądów? Takie pseudo ezo szkoły stają się jedynie rozsadnikami urojeniowej z natury rzeczy choroby umysłowej indukowanej pod szyldem wiedzy tajemnej, astrologii, magii i ezoteryki czy gnozy. 

Szaleństwo pseudo ezoteryzmu w Polsce rzeczywiście zaczęło się wraz z pierwszymi absolwentami szkółek uczących wszystkiego i niczego w ramach hasełka, że jak skończysz dwu lub trzyletnie studium psychotroniczne (ezoteryczne) to będziesz mieć dyplom fachowca od uzdrawiania, wróżenia i przepowiadania. Z początkiem XXI wieku pełno już tego było, od Wrocławia po Białystok i od Krakowa po Szczecin, przez Katowice, Łódź, Gdańsk wzdłuż, a w poprzek przez Poznań i Warszawę licząc. Kiedy każdy chętny może się zapisać do szkoły ezoterycznej i ją skończyć, wtedy poziom musi być z założenia gówniany, gdyż nie zawiera elementu selekcji naturalnej. Lepiej już zapisać się do Loży Masońskiej albo Szkoły Różokrzyża, bo wiedzy i wtajemniczeń tam więcej, a tylko nieliczni zdolni dochodzą do ostatnich stopni wtajemniczenia. 

Ranking polskich uczelni naukowych z takiego samego powodu wypada blado nawet w porównaniu z Afryką. Tradycyjnie, dyplomy i certyfikaty w zakonie magów czy prawdziwej szkole ezoterycznej, w zakonie okultystów wydaje się za posiadane umiejętności i zdobytą wiedzę, na podstawie egzaminów, testów i prób, a nie za odsiedzenie odpowiedniej ilości godzin na kursie i wniesienie wymaganej przez organizatora opłaty. 

Różdżkarzom, którzy zdobyli dyplomy potwierdzonymi odwiertami czy wykopanymi studniami, gdzie woda jest na wskazanej głębokości można wierzyć, bo ich egzaminy praktyczne wypadły pomyślnie. Idiotom, co jeszcze nie wstąpili na ścieżkę duchowego rozwoju bo są kiepskimi psychikami z pomylonymi umysłami o ich bajeranckim mierzeniu wahadełkami stopni rozwoju duchowego wedle około  czterdziesto-stopniowej skali ERD można powiedzieć, że podobni są do ludzi majaczących w 40-stopniowej gorączce i wymagających leczenia chorych głów bliskich duchowej śmierci. Ludzie, którzy nie są na Ścieżce Duchowej o etapach rozwoju duchowego nie mają nic do powiedzenia, ani nie są władni mierzyć cudzych etapów, gdyż nie ma możliwości zmierzenia czegoś o czym się nie ma pojęcia. 

Cóż mogą się dzisiejsi uczniowie i studenci takich szkółek psychotronicznych czy ezoterycznych  nauczyć się od swoich dzisiejszych wykładowców, którzy wywodzą się z wielkiego grona owych specjalistów od interpretowania słów Mistrza, których zupełnie nie zrozumieli a i nie mieli dość cywilnej odwagi, żeby poprosić o dogłębną naukę i przeegzaminowanie? Jeśli jako wykładowcy, a potem kolejne pokolenie ich uczniów, będą wykładać swoje pomyłki i błędy, fantasmagorie i urojenia na temat wielu nauk różnych Autorów takich jak Mistrz Lalitamohan G.K., to czym staną się kolejne roczniki adeptów takich szkółek jeśli nie kloaką cuchnących bredni? 

Przerwanie takiego całkiem silnie zaklętego kręgu pomylenia umysłowego nie jest łatwe, acz taka intuicja jak u swego początku w latach 90-tych XX wieku, w wypadku kilku osób na 200-cie zdarza się, bo ezoteryczne dusze czują, że coś jest nie tak w całym tym studyjnym ezo cyrku, chociaż niby wszystko jest fajnie, a towarzystwo milutkie. 

Tradycje Wschodu, które są też źródłami magii, ezoteryki, okultyzmu, wiedzy tajemnej dla Zachodu, ciągle przypominają, że Cztery Szlachetne Klejnoty są podstawą Ścieżki i rozwoju duchowego: Brahman (Bóg), Guru (Mistrz), Dharma (Przekaz) oraz Sangha (Wspólnota, Bractwo, Grupa). I nic ani nikt tego nie zmieni, zatem tak z uwagi na porządek wszechrzeczy zawsze pozostanie. Dharmą są bezpośrednie nauki i objaśnienia płynące z ust Guru (Mistrza, Eksperta), a nie intelektualne fantasmagorie osób nawiedzonych czy pokręconych. 

(Fragmenty książki "Anegdoty z Życia Mistrza Duchowego Paramahansa Lalitamohan G.K." 

1 komentarz:

  1. Cudowne! Dawno się tak nie uśmiałem. Toż to można spowodować powstanie całej sekty w najgorszym znaczeniu przez takie interpretowanie. Gdzieś już to chyba było... ach, czyżby tak powstał kościół katolicki?
    J. Kruszewski

    OdpowiedzUsuń